Zdjęcia do Nienawistnej ósemki


Tarantino postanowił, że film w całości zostanie nakręcony na taśmie 65 mm. Sensacją stało się przede wszystkim to, że reżyser wykorzystał (a właściwie wskrzesił) od dawna nieużywany standard Ultra Panavision 70, umożliwiający osiągnięcie rekordowo szerokiego obrazu o proporcjach kadru 2,76:1.

 

W pierwszej kolejności film będzie prezentowany w wersji 70 mm. Dopiero później wyświetlana będzie wersja 35 mm i formaty cyfrowe. Aby tak się stało, przygotowano największą od ponad dwudziestu lat liczbę kopii szerokoformatowych. Po raz ostatni formatu Ultra Panavison 70 użyto w filmie „Khartoum” (Polsat: „Chartum”, 1966, reż. Basil Dearden) z Charltonem Hestonem. Stosowano go w latach 60. w takich filmach jak „Bunt na Bounty” (1962) z Marlonem Brando, komedia „Szalony, szalony, szalony jest ten świat” (1963), „Upadek Cesarstwa Rzymskiego” (1964), czy wojenne widowisko „Bitwa o Ardeny” (1965). Część szerokoformatowych kopii eksploatacyjnych została wykonana w wersji z anamorfozą o współczynniku 1,25, co oznacza, że w kinach dysponujących odpowiednią aparaturą (nasadka anamorfotyczna systemu Ultra Panavision 70 mm) film można będzie zobaczyć w pełnych superpanoramicznych proporcjach.

– Cyfrowy seans to taka telewizja w miejscu publicznym. Zwyczajne spotykanie się przed telewizorem w większym gronie, tylko bez pilota, którym można celować w ekran. Pracuję [w przemyśle filmowym] 20 lat – za długo, żeby zaakceptować sytuację, w której przychodząc do kina, uzyskujemy podrzędny efekt pier******** DVD, nakręconego tym samym gównem, którym filmują mydlane opery. Mnie taka jakość nie wystarcza – mówił Tarantino podczas targów American Film Market 2014.

 

Superskuteczna superpanorama

Tarantino, zachęcony sukcesem niedawnych szerokoformatowych filmów „Mistrz” i „Interstellar”, tak tłumaczył swą decyzję nakręcenia filmu panoramicznego: – Dla uchwycenia zimowego krajobrazu, śniegu, piękna pejzażu, format 70 mm wydawał mi się idealny. Jestem przekonany, że doskonale sprawdza się też we wnętrzach, przybliżając widza do bohaterów. Nie podzielam opinii, że jest to format właściwy jedynie dla filmów podróżniczych czy widowiskowych. McIntosh doskonale rozumiała entuzjazm reżysera: – Myślę, że za każdym razem można zobaczyć coś innego. Dzięki temu formatowi udało się uchwycić niuanse w reakcjach postaci oraz istotne szczegóły z ich otoczenia. Nie wyobrażam sobie, byśmy mogli nakręcić to w inny sposób. Operator Robert Richardson dodawał: – Bardzo często w jednym kadrze znajdowali się wszyscy bohaterowie. Wzmagało to uczucie klaustrofobii, a wszystko to potęgowało siłę aktorskiej ekspresji. W dodatku, zdaniem reżysera, operatora i producentów, użycie tego formatu i tradycyjnej taśmy lepiej oddało intensywność barw i subtelności oświetlenia niż stosowane powszechnie kamery i nośniki cyfrowe. McIntosh zauważyła: – Bardzo często widzowie twierdzą, że cyfrowy obraz jest tak bardzo czysty, że aż zbyt czysty. Nasz obraz jest też czysty, ale o wiele bardziej intensywny. Szczerze mówiąc, trudno mi sobie wyobrazić, by po naszym, jak myślę, spektakularnym osiągnięciu, można było łatwo powrócić do cyfrowej codzienności.

W ostatnim roku Tarantino, a wraz z nim J.J. Abrams i Christopher Nolan, namawiali Kodaka na produkcję barwnej taśmy i koniecznych odczynników, co się udało. Bob Harvey, Jim Raudebush i Dan Sasaki odnaleźli historyczny sprzęt, między innymi piętnaście oryginalnych obiektywów (niektóre były używane przy produkcji „Ben Hura”) i dostosowali je do dzisiejszych kamer. Pewien niepokój budziły gabaryty, którymi wyróżniają się anamorfotyczne obiektywy Ultra Panavision. Trudności udało się jednak przezwyciężyć. Kluczową kwestią było to, czy leciwe obiektywy wytrzymają mroźne, śnieżne warunki i będą w stanie znieść dużą wilgotność. W tym celu przeprowadzono serię szczegółowych testów. Kamerzysta Gregor Tavenner był pod wielkim wrażeniem jakości sprzętu: – To tak jakbyśmy otworzyli butelki ze szlachetnym winem z lat 50. Niemal wszystko działało perfekcyjnie. W scenach plenerowych osiągnęliśmy zapierający dech w piersiach efekt, jak w najlepszych epickich widowiskach z dawnych lat. Tarantino chwalił sobie wsparcie speców od Panavision: – Pojęli, że mamy do czynienia z hołdem. Zrobili wszystko, bym mógł kręcić aktorskie sceny w długich ujęciach, bez przerywania ciągłości. A zaplanowałem wiele takich aktorskich scen, które trwają po sześć, siedem minut – opowiadał. Reżyser doprowadził też do tego, by przez pierwsze dwa tygodnie od premiery grać film w formacie 70 mm, co nawiązywało do zarzuconej hollywoodzkiej tradycji galowych pokazów objazdowych zwanych „roadshow”, z uwerturą graną przez orkiestrę, przerwą i drukowanym programem. W USA w latach 1950–1970 pokazy „roadshow” były wielce popularne. Rodzaj wystawnej promocji najważniejszych (i przeważnie najdroższych) produkcji filmowych w postaci uroczystych pokazów poprzedzających ogólnokrajową dystrybucję jest wspominany z nostalgią do dziś. Seanse odbywały się w wielkich miastach, w kinach, które gwarantowały wysoki standard projekcji i komfort odbioru. Miejsca na takie pokazy były numerowane, liczba seansów ograniczona, a bilety droższe. Chodziło o walkę z telewizją, zwiększenie prestiżu i atrakcyjności kina. Tarantino deklarował podobne zamiary – jak wiadomo, jest on entuzjastą oglądania filmów w kinie, w jak najlepszych warunkach. Sceptycy uważali Ultra Panavision za nie do końca szczęśliwy pomysł w promocji współczesnego kina szerokoformatowego. Najistotniejszą przeszkodą jest znikoma liczba kin dysponujących ekranem odpowiednim do wyświetlenia obrazu 2,76:1 bez kaszet. Typową sytuacją podczas projekcji 70 mm może stać się obraz znacząco pomniejszony, ale w pełni panoramiczny, bądź obraz większy, jednak bez skrajnych fragmentów kadru. Obie ewentualności mogą postawić pod znakiem zapytania sens używania anamorfotycznego Ultra Panavision. Z podobnym problemem zmagano się kilkadziesiąt lat temu, dopuszczając ograniczenie kadru do proporcji ok. 2,55:1. Obraz komponowany był tak, aby w pozostałej jego części nie znajdowały się istotne elementy. Tarantino, przy wsparciu Weinsteinów, zapewnił sobie jednak 50 kin na całym świecie, które będą wyświetlać film (dłuższy o 6 minut) we wspomnianym superpanoramicznym formacie.  

 

Malownicze osiki i romantyczne płaszcze

Zdjęcia powstawały w okolicach słynnego, malowniczo położonego   w górach miasta Telluride w Colorado, gdzie odbywa się znany festiwal filmowy. Zajazd i stacja dyliżansów Minnie’s Haberdashery zbudowane zostały na terenie górskiego rancza The Schmid Family Ranch. – To było to! Ten górski pejzaż nie do podrobienia był dla nas idealny – mówiła McIntosh. – Brutalny zimowy western o mocy skały potrzebował surowej wysokogórskiej scenerii – wtórowała jej Sher. – Przeprowadziliśmy naprawdę długie poszukiwania i doszliśmy do wniosku, że tylko to miejsce może zastąpić Wyoming, o którym mowa jest w scenariuszu. To krajobraz piękny i bezlitosny, a charakteru dodają mu chociażby wszechobecne osiki. Scenograf Yohei Taneda, który zaprojektował słynny Dom Niebieskich Liści w „Kill Bill”, zbudował zajazd. Przyznał, że jest wielkim fanem westernów, co „odziedziczył” po ojcu, a jego ulubionym jest klasyczny „Jeździec znikąd” („Shane”, reż. George Stevens). Taneda mówił: – Mamy tu zajazd, zwany pasmanterią, bo była to dawna fabryka kapeluszy. Ale to raczej zmyłka. Teraz to pomieszczenie pełni funkcję po trosze baru, po trosze sklepu. Goggins śmiał się: – Ta nazwa, nad którą się głowił scenograf, to po prostu rodzaj żartu. Sher chwaliła pracę scenografów: – Każdy przedmiot we wnętrzu, które zostało zaprojektowane i pomalowane z niezwykłą starannością, jest prawdziwy. Ta wiarygodność otoczenia i rekwizytów bardzo spodobała się aktorom. Gladstein dodawał: – Po dwunastu tygodniach kręcenia można się było przejść, nadal odkrywając na półkach nowe rzeczy: dziwne butelki, pudełka z nabojami, produkty żywnościowe czy przyprawy. To sprawiało, że na ekranie znalazł się świat wiarygodny, dynamiczny, przemawiający do wyobraźni.

THE HATEFUL EIGHT

Twórczyni kostiumów Courtney Hoffman („Eloise”, „Chłopak z sąsiedztwa”), która pracowała z Tarantino także przy „Django”, zajmując się kostiumem Christopha Waltza, tak mówiła o trudnościach, ale i o ekscytujących wyzwaniach, jakie niosła praca nad „Nienawistną ósemką”: – Mamy tu tylko szesnaście postaci, a akcja toczy się w ciągu jednego dnia. Jednak możliwości były niemal nieograniczone, bo chodziło nam o grę z wszelkimi westernowym archetypami, także jeśli chodzi o ubiór. Quentin jest jak zwykle zuchwały i podejmuje decyzje, które początkowo cię przerażają, a w końcu okazuje się, że miał rację. Sher była pełna uznania dla pracy Hoffman: – Courtney stworzyła niezwykle wyraziste, wręcz ikoniczne kostiumy; to zresztą zasada we wszystkich filmach Quentina. Musiały przy tym odznaczać się historyczną autentycznością, być odpowiednie do okoliczności i funkcjonalne. Sylwetki naszych bohaterów miały być trudne do zapomnienia, ci twardziele powinni zapaść widzom w pamięć, także dzięki swym ubiorom, zwłaszcza tym fantastycznym płaszczom, które miały być realistyczne i romantyczne zarazem.

 

Uniwersytet Quentina w środku mroźnej zimy

Zdjęcia rozpoczęły się siódmego stycznia. Oprócz aktorów doskonale znanych reżyserowi, na planie znaleźli się Jennifer Jason Leigh i Demian Bichir, którzy pracowali z nim pierwszy raz. Tarantino podkreślał, że tym razem nie potrzebował na planie wielkich gwiazd, lecz świetnych aktorów: – To gra zespołowa, gdzie żaden z wykonawców nie jest ważniejszy od innych – mówił. Kluczową rolę majora Warrena, łowcę nagród, którego poznajemy, gdy stoi obok stosu zmrożonych ciał zabitych przestępców, zagrał Samuel L. Jackson. Tak charakteryzował swego bohatera: – Warren jest byłym kawalerzystą i dawnym niewolnikiem. Poszedł na wojnę, by zabijać. I nadal myśli i postępuje tak samo. Jest sprytniejszy, niż inni sądzą. Nie można o nim natomiast powiedzieć, by był małomówny. Wręcz przeciwnie, bardzo dużo mówi, ale tylko, gdy jest mu to potrzebne. Może być też i tak, że cię zastrzeli, zanim zdążysz z nim pogadać. Bo jest naprawdę szybki. Mamy tu ósemkę ludzi, bardzo różnych. Każdy z nich jest na swój sposób niebezpieczny. Dla widowni to niezwykła gra, jak odgadnąć intencje postaci. Operator Richardson podkreślał: – Sama i Quentina łączy niezwykła więź. Znają się dobrze od dawna! I obaj bardzo się szanują. Moim zdaniem to dwóch najlepszych ludzi, najbardziej zgranych w filmowym biznesie.

Kolejną z galerii barwnych postaci jest inny łowca nagród, John Ruth zwany „Szubienicą”. W przeciwieństwie do Warrena, Ruth ma zasadę, że nie zabija schwytanych przestępców. Daisy jest do niego przywiązana na stałe. – Jeśli John cię dopadnie, to nie ma wątpliwości, że przeżyjesz, będziesz miał proces, a potem cię powieszą. A on będzie stał pod szubienicą i patrzył, czy na pewno wisisz. Ten gość ma z pewnością zamiłowanie do prawa – ironicznie komentował grający go Kurt Russell. Jennifer Jason Leigh („Sublokatorka”, „Georgia”) i Russell współpracowali fantastycznie. – Nie wyobrażam sobie, żeby był ktoś, z kim byłoby lepiej być skutym niż z Kurtem – śmiała się aktorka. – Żartowaliśmy, że ta sytuacja jest jak małżeństwo. Bardzo dysfunkcjonalne małżeństwo. Coś jak „Kto się boi Virginii Woolf?” na Dzikim Zachodzie. Moja bohaterka jest nieustraszona, ma w sobie coś z dzikiego zwierzęcia, ale i całkiem inną stronę osobowości. Jason Leigh bardzo się ucieszyła, gdy otrzymała propozycję zagrania w filmie. – Byłam na widowni, kiedy odbyło się czytanie tekstu Quentina. On pisze jak nikt inny. To był jeden z najbardziej ekscytujących wieczorów w teatrze w całym moim życiu – wyznała aktorka. Sher uważała, że wybór tej właśnie wykonawczyni był wręcz idealny: – Jennifer była wszędzie, próbowała wszystkiego. Jest diabelnie odważna. Także dzięki temu jej postać potrafi naprawdę zaskoczyć w miarę rozwoju wydarzeń. Aktorka dodawała enigmatycznie: – Daisy jest twarda, ale każdy z tej ósemki ma wbrew pozorom zasady, których się trzyma i ma też swoje słabe punkty. Nie inaczej jest z nią. Tarantino dokonał specjalnej korekty w scenariuszu – Daisy miała grać na gitarze i zaśpiewać piosenkę. Pojawił się pewien problem, ponieważ Jason Leigh nigdy nie grała na tym instrumencie. Została więc pilną uczennicą. – Pokochałam to. Nauka wymaga wielkiego skupienia, a instrument nie jest taki prosty. Miałam wspaniałego nauczyciela, gitarzystę klasycznego. Najwięcej czasu zajęło mi ćwiczenie palców. Quentin powiedział, że jest pewien, że dam radę. Wyglądało na to, że ani przez chwilę się nie martwił. Taka wiara i nadzieja się udziela.

Tarantino tak wyjaśniał swe obsadowe decyzje: – Pomyślałem, że „Ósemka …” to film, w którym zatoczyłem koło i wróciłem do początków. To trochę „Wściekłe psy” na Dzikim Zachodzie. Obsadziłem aktorów, którzy triumfy święcili w latach 90.: Rotha, Madsena, Russella. Jennifer też wtedy zaczynała grać i robiła duże wrażenie. Początkowo chciałem zatrudnić inną – Jennifer Lawrence, którą bardzo cenię. Ale jednak była do tej roli za młoda. Więc zdecydowałem się na Jason Leigh. Jest naprawdę dobra i potrafi kilka rzeczy, które inni tylko grają. Na przykład krzyknąć, jakby ją mordowano.

Walton Goggins zagrał Chrisa Mannixa. Aktor tak mówił o swej postaci: – Najłatwiej powiedzieć, że to człowiek, który zgubił się w śnieżniej zamieci. I z pewnością wiele namiesza. To jest historia o kłamstwie i o kłamstwach. O ludziach, którzy chcą zapanować nad swym życiem, ale to niełatwe, może nawet niemożliwe. Opowieść ma bardzo klaustrofobiczny klimat. Klimat dążeń, które być może nigdy się nie spełnią. Nowa w Hollywood gwiazda meksykańskiego pochodzenia – Demian Bichir, wciela się w postać Boba, któremu właścicielka zajazdu Minnie kazała pilnować interesu pod swoją nieobecność. Gdy pojawiają się przybysze, Bob staje się uczestnikiem, jak opowiadał aktor, „wielkiego spotkania w piekle, jeśli za piekło uznać chatę odciętą od świata podczas zamieci, gdzie nic nie jest tym, na co wygląda”. Sher mówiła o Bichirze: – Wypowie jedno słowo i już się je zapamiętuje, przez to, jak je wypowiedział. Potrafi tym jednym słowem rozbawić i przerazić. To kwestia jego osobistej inteligencji i charyzmy.

Stały współpracownik Tarantino (pamiętny Mr. Blonde z „Wściekłych psów”) Michael Madsen tym razem zagrał opisanego jako „kowboja” Joego Gage’a. – To rzecz o społeczeństwie, o psychologicznych granicach, które ludzie przekraczają. O przyjaźniach i zdradach. Całe mnóstwo tematów w kowbojskim kostiumie – mówił. Madsen wyznał, że gdy sam nie pracował, z wielką satysfakcją obserwował pracę kolegów. – Postaci są tak zróżnicowane, że była to wielka przyjemność. A już szczególną przyjemność dało mi podglądanie Tima Rotha i Samuela L. Jacksona. Są mistrzami płynności gry, wirtuozerskiej zmiany tonacji. Roth zagrał Oswaldo, kata z Red Rock, brytyjskiego pochodzenia. – Quentin pisze jak nikt inny. Aktorzy często mają trudności ze złymi dialogami. Coś w twojej głowie buntuje się, gdy musisz je wypowiadać. A słowa, które napisał Quentin, są jak jedwab, gra się dzięki nim jak z nut. Quentin, pisząc, ma przeważnie konkretnego aktora na myśli i to sprawia, że wchodzisz w postać jak w masło – mówił Roth, pracujący z Tarantino już po raz kolejny.

Bruce Dern („Powrót do domu”, „Intryga rodzinna”, „Nebraska”), grający byłego konfederackiego generała Sanforda Smithersa, tak mówił o swym bohaterze: – Wie, że jego czas minął, jest reliktem dawnych lat. Jego żona odeszła, wojna się skończyła, syn zaginął. Myślę, że jest on najbardziej uczciwy wobec siebie z nich wszystkich. Wie, skąd przybył i dokąd zmierza. Jeśli chodzi o Quentina, jest on chyba jedynym dzisiaj reżyserem, o którym mogę powiedzieć: tak, skończyłem Uniwersytet Tarantino bo praca z nim to kompletny uniwersytet gry i pracy nad filmem. Niezwykle dba o szczegóły, pod tym względem można go porównać z Luchino Viscontim. A dlaczego mnie zatrudnił? Myślę, że jako dzieciak napatrzył się na mnie, jak wygłupiałem się w telewizji, zwłaszcza grając „czarne charaktery” w westernowych serialach, takich jak „Bonanza” czy „Gunsmoke”. Zadziwił mnie, bo znał te filmy doskonale. I nawet zrobił mi niespodziankę, bo w jednej ze scen Channing Tatum odezwał się do mnie bez uprzedzenia jedną z kwestii, które ja sam wypowiedziałem w jednym z odcinków serialu „The Virginian” do Lee J. Cobba. Zwróćcie także uwagę na nazwisko Warrena Vandersa, które pojawia się w dialogach. Tak się nazywał nieżyjący już aktor westernowy, z którym pracowałem między innymi przy serialu „Gunsmoke”. Warto także nadmienić, że i nazwisko Marquis Warren brzmi znajomo – Charles Marquis Warren był cenionym producentem, scenarzystą i reżyserem westernów telewizyjnych i kinowych (m.in. serial „Rawhide” z Clintem Eastwoodem, „Trooper Hook” z Barbarą Stanwyck, „Charro!” z Elvisem Presleyem – plakat z tego filmu wisi w domu Tarantino). Obsadę uzupełnili James Parks, Channing Tatum, Zoë Bell, Lee Horsley (zapomniany gwiazdor seriali westernowych „Paradise – znaczy raj” i „Sokole Oko”), Dana Gourrier, Gene Jones i Belinda Owino.

Bell (aktorka i kaskaderka, pamiętna z „Kill Bill” i „Grindhouse”) zagrała Six Horse Judy. Przydomek bohaterki wziął się stąd, że owa Judy potrafi powozić sześciokonnym zaprzęgiem. – Gdy czytałam tekst, byłam przekonana, że tak, on na pewno każe mi to zrobić. Nie pomyliłam się poprosił mnie, żebym się tego nauczyła. Szczerze mówiąc, było to coś najtrudniejszego w mojej karierze. Bo musisz się porozumieć nie z jednym koniem, ale z sześcioma końmi naraz. One nie mówią ludzkim językiem, a my nie mówimy końskim, więc nie idzie to zbyt gładko. Przed podobnym zadaniem stanął James Parks („Django”, „Kill Bill” „Kill Bill 2”, serial „Deadwood”) grający woźnicę innego dyliżansu. – To fach, którego trudno się nauczyć, bo już prawie nikt go nie uczy, a więc szczególnie trudne wyzwanie dla aktora. Bardzo wiele czasu wymaga, by przejść z jednego konia do dwóch, potem czterech i sześciu.

Channing Tatum („Magic Mike”, „Świat w płomieniach”) to nowy nabytek Tarantino. – To wyróżnienie zostać alumnem w uniwersytecie Quentina. Gdy tylko znajdziesz się przy jednym stole z jego drużyną, pojawia się duch zrozumienia i koleżeństwa – mówił. Dana Gourrier (pierwsza seria serialu „Detektyw”, „Kamerdyner”, „Django”) zagrała Minnie, właścicielkę zajazdu. – Minnie ma charakterek – opowiadała. – Nie siedzi cicho i nie przeprasza za to, że jest, kim jest i mówi to, co myśli. A przypomnijmy, że jest ciemnoskóra i prowadzi zajazd, nie tak długo po wojnie secesyjnej. Uważa, że na wszystko dobry jest uśmiech, więc bez przerwy się uśmiecha. Tatum komentował: – Myślę, że Quentin zaangażował Danę, bo ona taka jest w życiu. Z sercem ze złota w trudnym, nieprzyjaznym świecie.

 

Czekanie na biel

Nie obyło się bez trudności. Spodziewany śnieg nie przychodził, aktorzy czekali pod telefonami. Wreszcie spadł. Roth wspominał: – Był moment, że wcale nie byliśmy pewni, czy uda się nam nakręcić to, co zamierzaliśmy. Niejeden film nie powstał z powodu pogody. By dokończyć pracę, przeniesiono się do Red Studios w Los Angeles, gdzie wyprodukowano lód i specjalnie zamrożone powietrze. – Było diabelnie zimno, zimniej niż w Colorado, ale Quentin chciał widzieć zmrożoną parę z naszych ust. Żadnego oszukiwania, fabrykowania pary – mówił Goggins.

THE HATEFUL EIGHT

McIntosh tak podsumowała swe wrażenia z pracy z Tarantino: – Zachowuje się jak dziecko, które się cieszy, że dostało wspaniałą zabawkę. Jest pełen radości, entuzjazmu i dzikiej energii, która się udziela. Zdjęcia trwały 91 dni, czasem w trudnych warunkach. – To był wspaniały cyrk, choć czasem było ciężko. Quentin zawsze wprowadza atmosferę zabawy, tak że praca wydaje ci się lekka – stwierdził Russell.

 

Fiszka filmu:  Nienawistna ósemka

The Hateful Eight
 
Nienawistna ósemka

Reżyseria: 


Obsada:
, , , , , , ,

Gatunek:
Nagrody/nominacje: , ,
Premiera: 15 Styczeń 2016
Rok produkcji: 2015
Kraj: 


 
 
 
 

Dystrybutor filmu

 
 
 
 

Katagoria: warsztat operatora filmowego
Słowa kluczowe: 
Opublikowano 2 lata temu.
Publikacja była czytana: 932  razy.