Produkcja Idola


 

Geneneza filmu

Kilka lat temu scenarzysta, reżyser i producent Dan Fogelman usłyszał niewiarygodną historię, która podziałała na jego wyobraźnię tak mocno, że nie potrafił o niej zapomnieć.

Dowiedział się, że w 1971 roku rozpoczynający wówczas karierę piosenkarz i tekściarz folkowy Steve Tilston wydał świetnie przyjęty pierwszy album „An Acoustic Confusion”. W trakcie wywiadu udzielanego dziennikarzowi czasopisma „Zig Zag” Tilston usłyszał, że ma dużą szansę, żeby stać się szlagierem. „Chwilę później Richard Howell zapytał, czy myślę, że jeśli zdobędę bogactwo i wielką sławę, wpłynie to w jakiś sposób na teksty moich piosenek”, wspomina Tilston. „Byłem młody i zbyt wcześnie osiągnąłem sukces, więc odpowiedziałem, że na pewno wpłynęłoby to negatywnie na cały mój proces twórczy. Artykuł został opublikowany, a ja przestałem się nad nim dłużej zastanawiać”, dodaje Tilston, który w ciągu kolejnych czterech dekad stał się uznanym na międzynarodowej scenie artystą folkowym, uwielbianym za swoje piosenki. „Utrzymywał się ze swojej muzyki przez ponad czterdzieści lat”, opowiada z podziwem Fogelman. „Nigdy się nie sprzedał, nie zaczął grać pod publiczkę. Zawsze pozostawał wierny sobie”.

W 2005 roku Tilston otrzymał od pewnego amerykańskiego kolekcjonera informację, której nigdy w życiu się nie spodziewał. Otóż człowiek ten nabył nietypowy list zaadresowany do Steve’a Tilstona i chciał potwierdzić jego autentyczność. Został on napisany przez jednego z bohaterów muzyka: ex-Beatlesa Johna Lennona, który najwyraźniej przeczytał wspominany artykuł w czasopiśmie „Zig Zag” i postanowił utwierdzić Tilstona w przekonaniu, że można być bogatym oraz sławnym i nie zatracić w tym wszystkim samego siebie. „List był napisany w bardzo przyjaznym tonie, nie było w nim żadnego karcenia czy strofowania, Lennon pisał, że: Posiadanie dużej ilości pieniędzy nie zmienia człowieka w taki sposób, jak ci się wydaje”, wyjaśnia Tilston. „W ostatnim zdaniu Lennon zapytał, co sądzę o tym, co mi napisał, po czym podał swój domowy numer telefonu”, dodaje muzyk, który ciągle nie potrafi się nadziwić, że ex-Beatles naprawdę wysłał mu taki list. Fogelman zaczął się zastanawiać, jak potoczyłaby się kariera Tilstona, gdyby udało mu się porozmawiać z Lennonem. Czy jego życie uległoby dużej zmianie? Postanowił skontaktować się z muzykiem.

„Któż to może wiedzieć?”, brzmiała odpowiedzieć Tilstona. „Ludzkie życie jest pełne różnych co by było gdyby…?, a to jeden z tych przypadków. Spotkanie Lennona byłoby dla mnie wielkim wydarzeniem, myślę, że udałoby nam się zostać dobrymi kumplami, ale z drugiej strony mógłbym go zirytować i zostać wyrzuconym z jego domu”, mówi z uśmiechem Tilston. Wyobraźnia Fogelmana zaczęła jednak pracować na jeszcze wyższych obrotach, podrzucając mu coraz to nowe wersje alternatywnej rzeczywistości. „Nie mogłem przestać myśleć nad tym, co mogło by się stać po takim spotkaniu”, mówi scenarzysta i reżyser „Idola”. „A gdyby Steve Tilston stał się dzięki temu maksymalnie bogaty, sławny na cały świat i nieszczęśliwy? Tak właśnie dzieje się w przypadku Danny’ego Collinsa”. Fogelman postanowił napisać scenariusz luźno inspirowany niezwykłą historią Tilstona i otrzymanego przez niego listu. W efekcie powstała opowieść o mężczyźnie, któremu udało się na samym początku kariery nagrać ogromny przebój, co wpłynęło na wszystko, co później osiągnął i zrobił. Gdy dekady później dostaje na urodziny pewien zaskakujący list, postanawia całkowicie przewartościować swoje życie.

Filmowy Danny Collins od 40 lat śpiewa uwielbianą przez wszystkie pokolenia piosenkę „Hey Baby Doll”, która przyniosła mu rzeszę oddanych wielbicieli. „To jeden z tych kawałków, który szybko wpada w ucho i nie można przestać go nucić”, opowiada Fogelman. „Coś w stylu Sweet Caroline Neila Diamonda. Już na samym początku filmu widzimy Danny’ego w trakcie śpiewania swojego hitu. Jest człowiekiem niezwykle zamożnym, sławnym ponad miarę i zadziwiająco nieszczęśliwym. Popadł w depresję, uważa, że jego kariera to jedna wielka bzdura, podczas gdy za czasów młodości marzył o zupełnie innym życiu. Nie czuje w sobie żadnej motywacji. Do momentu otrzymania listu, który zmienia dosłownie wszystko”. W trakcie pisania scenariusza Fogelman myślał o konkretnym aktorze do głównej roli. „Zawsze wyobrażałem sobie Ala Pacino jako Danny’ego”, mówi reżyser „Idola”. „Gdy dowiedziałem się, że przeczytał mój scenariusz i wstępnie się nim zainteresował, byłem w siódmym niebie. Grał akurat na Broadwayu w Kupcu weneckim i zaprosił mnie do swojej garderoby po jednym z przedstawień. Nagle znalazłem się obok Ala Pacino, przekonując go, że powinien mi zaufać z tym projektem, nawet jeśli nic wcześniej jeszcze nie wyreżyserowałem. Wiedziałem, że to moja jedyna szansa, co było bardzo stresujące”.

Pacino przyznaje, że był mocno zaskoczony ofertą Fogelmana. „Wyobrażacie sobie, że to właśnie z myślą o mnie napisał ten scenariusz?”, opowiada legendarny aktor. „Mógł zatrudnić do tej roli wiele różnych osób, ale wybrał mnie, a kiedy reżyser tak mnie zaskakuje, nie jestem w stanie mu odmówić. Podobnie było z Ojcem chrzestnym – Francis Ford Coppola zaoferował mi rolę Michaela Corelone, choć nikt inny mnie w niej nie widział, nawet ja sam! Dan zauważył we mnie jednak coś, co pasowało do jego wizji Danny’ego Collinsa, za co będę mu zawsze dozgonnie wdzięczny”. Okazało się, że Pacino zna dorobek scenariuszowy Fogelmana i oglądał zarówno „Zaplątanych”, jak i „Kocha, lubi, szanuje” oraz „Last Vegas”. „Pracowałem w swojej karierze z wielkimi reżyserami i wiedziałem, że Dan ma w sobie ogromny potencjał”, dodaje aktor. „Zawsze trochę się obawiam debiutantów, ponieważ do końca nie wiadomo, czego można się po nich spodziewać. Dan był jednak tak pewny siebie i pełen pasji do projektu, że dosyć szybko rozwiał wszelkie moje obawy”. Pacino wypowiada się także bardzo ciepło o samym scenariuszu. „W trakcie czytania czułem, że Dan włożył w ten tekst mnóstwo serca. To bardzo słodka, ale jednocześnie gorzka opowieść, historia człowieka, który dostał od życia kopa, ale się nie poddał”.

Gdy Pacino zgodził się zagrać Danny’ego, Fogelman zaczął pracować nad poprawianiem roli pod konkretne umiejętności aktora. „Dopisałem wiele nowych rzeczy, żeby jeszcze bardziej dopasować tę postać do osobowości Ala”, informuje reżyser „Idola”. „Tekst napisałem jakiś czas wcześniej, więc po drodze wiele rzeczy się zmieniło, a zawsze uważałem, że należy poprawiać scenariusze pod wielkich aktorów. To jak kupowanie nowego samochodu, który poznajesz z każdym kolejnym rokiem. Nagle uświadamiasz sobie, że twoja maszyna jest w stanie uzyskać o wiele lepsze osiągi”. Fogelman dodaje, że dzień, w którym pokazał Pacino gotowego „Idola”, był jednym z najbardziej stresujących w całym jego życiu. „Obiecałem mu coś i zrobiłem wszystko co w mojej mocy, aby danego słowa dotrzymać, ale nigdy nie wiadomo, co się komu spodoba. Al lubi oglądać pierwsze zmontowane wersje filmu, siedząc samemu na sali kinowej. Czekanie na jego reakcję to była prawdziwa agonia, ale później otrzymałem od niego pięknego e-maila. Zdaję sobie sprawę, że mógł mi po prostu z uprzejmości trochę słodzić, ale napisał, że ostatnia scena Idola była tak emocjonalna, że po raz pierwszy płakał na jednym ze swoich filmów!”

Fogelman dodaje, że jego głównym założeniem w trakcie pracy przy „Idolu” było nakręcenie filmu, na którym sam dobrze by się bawił. „To kino dla dorosłego widza, które potrafi rozbawić, ale także wywołać w kącie oka niejedną łzę”, wyjaśnia scenarzysta i reżyser „Idola”. „Każda scena, nawet najbardziej dramatyczna, posiada mniej lub bardziej wyraźne ślady humoru. Lubię opowieści o prawdziwych ludziach, o wywiązywaniu się dialogu między różnymi osobami, o rodzinie itp. Uwielbiam także oglądać historie ludzi, którzy dostają od losu drugą szansę. Uważam, że w dzisiejszych czasach kręci się coraz mniej takich filmów, co jest ogromnym błędem”, kontynuuje Fogelman. „Mam nadzieję, że Idola jak najwięcej osób obejrzy w kinach. Napisałem ten scenariusz dla bardziej wyrobionej publiczności, dla widzów, którzy podzielają moją miłość do filmów, w szczególności tego typu obrazów, które kręci się coraz rzadziej. Największym komplementem, jaki mógłbym w tym przypadku usłyszeć, byłoby proste: Zakochałem/zakochałam się w twoim filmie. Nic więcej mi nie potrzeba. Chciałem zapewnić widzom dwie przyjemne godziny w kinie”.

 

Reżyser znajduje rodzinę

Fogelmanowi, dla którego „Idol” jest debiutem reżyserskim, inni twórcy powinni zazdrościć, ponieważ udało mu się zebrać na planie swojego filmu obsadę, na którą składa się dwóch laureatów Oscarów, dwie kolejne osoby do Oscara nominowane, laureatka Złotego Globu oraz aktor z dwiema nagrodami Emmy.

„To prawdziwa waga ciężka”, przyznaje Fogelman. „Al Pacino, Annette Bening, Christopher Plummer, Jennifer Garner, Bobby Cannavale – obsada jest niesamowita! Tym bardziej, że to przemili ludzie, z którymi praca była czystą przyjemnością. Udało mi się zatrudnić do swojego filmu piątkę aktorów, którzy znajdują się u szczytu swoich możliwości i uwielbiają ze sobą przebywać. Czego chcieć więcej?”, pyta się retorycznie i z wielkim uśmiechem na twarzy Fogelman, który już na samym początku pracy na planie zauważył, że trzon obsady Idola znalazł idealny temat do rozmowy. „Wszyscy są zagorzałymi fanami teatru”, wyjaśnia debiutujący w kinie reżyser. „Poszliśmy pewnego razu na kolację i wszyscy w zasadzie tylko o tym mówili. Al, Chris, Annette i Bobby grają w teatrze niemal nieustannie, Jen natomiast dopiero niedawno zaczęła swoją ze sceną. Chcecie wiedzieć, co się dzieje na tych wszystkich szalonych hollywoodzkich przyjęciach? Gwiazdy wymieniają się swoimi doświadczeniami teatralnymi!”

Fogelman i aktorzy spędzili dodatkowo, już w trakcie zdjęć, cały weekend w domu Pacino, ćwicząc sceny na nadchodzące tygodnie na planie. „To było jedyne w swoim rodzaju doświadczenie. Upał ponad 30 stopni, a my siedzieliśmy sobie przy stole piknikowym, czytając różne warianty poszczególnych scen. Przerabialiśmy niektóre kwestie dialogowe, dochodziły całkiem ciekawe nowe pomysły, a ja przy okazji uczyłem się jeszcze lepiej inscenizować konkretne fragmenty scenariusza”, dodaje reżyser „Idola”, który z początku był przerażony perspektywą współpracy z tak legendarnym aktorem jak Al Pacino, jednakże już na planie poznał zupełnie inne oblicze swojej gwiazdy. „W branży filmowej to prawdziwa ikona, ale w rzeczywistości Al jest niezwykle miłym i uczynnym człowiekiem, którego nie da się nie lubić. Danny Collins to w pewnym sensie postać podniesiona do potęgi, a Al znakomicie potrafił to ukazać przed kamerami. Z jednej bowiem strony czuje się znakomicie w drogim garniturze, rozdając autografy rozentuzjazmowanym fanom, a z drugiej widać w jego grze niesamowitą wrażliwość. Danny Collins to nie Człowiek z blizną, nie wymaga aktorskich szarż, lecz spokoju, grania wzrokiem, gestem, ukazywania różnego rodzaju niuansów”.

Danny’ego poznajemy w wieku 21 lat, gdy chłopak zostaje przytłoczony przez nagły sukces. „Jest świetnym piosenkarzem i tekściarzem, ale sława go zaskakuje. Nie wie, jak sobie z tym wszystkim poradzić”, zauważa Pacino, dodając, że „karierę zawodową Danny’ego wyznaczył jego instynkt samozachowawczy”. Jednak aktor nie szczędzi swojej postaci cierpkich słów: „Po początkowych sukcesach szybko zaczyna się regres. Po 40 latach śpiewania w kółko tych samych kawałków ten człowiek nie ma w sobie już jakiejkolwiek kreatywności. Popada w coraz większą desperację, ale nawet przy tych wszystkich narkotykach, alkoholu i kobietach, widać, że nie stracił swojej dawnej charyzmy”, opowiada o Collinsie Al Pacino. Gdy Danny otrzymuje list od Johna Lennona, stwierdza, że ex-Beatles ma rację. „W gruncie rzeczy list ten wywołuje dokładnie taką reakcję, jaką miał wywołać w momencie, gdy został napisany”, wyjaśnia Pacino. „John Lennon zaprosił go do swojego i Yoko domu, chciał z Dannym porozmawiać i wyjaśnić mu, że można być sławnym i nie zatracić jednocześnie samego siebie. Był dla Collinsa prawdziwym idolem, więc taka rada wiele by dla niego znaczyła za dawnych lat, ale obecnie staje się dla Danny’ego czymś znacznie więcej. Pomaga mu spojrzeć na własne życie z dystansu i dokonać rachunku sumienia. Inicjuje zmianę”.

Danny postanawia zamieszkać w hotelu Woodcliff Lake Hilton w New Jersey, spróbować napisać nowe piosenki i jednocześnie naprawić część popełnionych w życiu błędów. Jednakże nie jest w stanie pozostać anonimowy. „To praktycznie chodzący neonowy napis Jestem gwiazdą, kochajcie mnie”, mówi z uśmiechem Pacino, który przyznaje, że rozumie emocje towarzyszące Danny’emu w jego podróży. „Wszyscy wiedzą, kim Collins jest, tym bardziej, że facet zaczyna robić po drodze wiele niepoprawnych rzeczy, co doprowadza jednocześnie do wielu humorystycznych sytuacji. Można powiedzieć, że Danny przejmuje na parę dni cały hotel!”, śmieje się aktor. W postać menedżerki Woodcliff Lake Hilton, Mary Sinclair, wcieliła się Annette Bening. To kobieta, która próbuje otrząsnąć się z bolesnego rozwodu i wychowywać samotnie dorastającą córkę. „Jej występ dosłownie powalił mnie na kolana”, podkreśla Pacino. „Jest znakomitą aktorką, to zawsze było oczywiste, ale w Idolu udało jej się osiągnąć coś naprawdę niezwykłego. Annette jest niestrudzona i miała na planie tysiące pomysłów, a my po prostu staraliśmy się dotrzymywać jej kroku. Praca z nią była wielką przyjemnością”.

Mary jest prawdopodobnie jedyną osobą w hotelu, której Danny Collins nie imponuje. „A to sprawia, że staje się dla niego jeszcze bardziej atrakcyjna”, opowiada Fogelman. „Mary znajduje się na życiowych rozdrożach, a Danny to prawdziwy żywioł natury, który nagle pojawia się w jej i tak już chaotycznym świecie i wywraca go do góry nogami. Ich oschłe z początku relacje przeradzają się w przepiękną i dość niekonwencjonalną historię miłosną. Między tą dwójką rodzi się coś głębokiego i prawdziwego, a Al i Annette czuli na planie niezwykłą chemię”, dodaje reżyser „Idola”. Benning przyznaje, że świetnie się bawiła w swojej roli, przede wszystkim na próbach w ogródku Pacino. „Mieliśmy znakomity scenariusz, a potem jeszcze mogliśmy popracować nad niektórymi scenami”, mówi aktorka. „Gdy grasz z kimś takim jak Al Pacino, on tak naprawdę wykonuje za ciebie większość pracy. Musiałam tylko uważnie go obserwować i słuchać. Oglądanie Ala ożywiającego tego nietypowego muzyka było naprawdę fajnym doświadczeniem”, przyznaje Bening, która podkreśla, że była wdzięczna Fogelmanowi za kreatywną wolność, jaką scenarzysta i reżyser dał aktorom na planie. „Czasami twórcy żądają, by ich słowa, nad którymi tak długo pracowali, były wypowiadane w takiej formie, w jakiej zostały zapisane, ale Dan był otwarty na nasze pomysły, wręcz zachęcał nas do przerabiania kwestii dialogowych pod siebie”.

W Franka Grubmana, wieloletniego menedżera i najlepszego przyjaciela Danny’ego Collinsa, wcielił się Christopher Plummer. „Wypadli z Alem na ekranie wprost cudownie”, mówi Fogelman. „Chris stanowi yin do yang Ala. Świetnie się ze sobą rozumieli i czuli niesamowitą chemię. Chris jest także niezwykle zabawny, wprowadził do filmu nie tylko wiele wartości, ale także wspaniałe poczucie humoru. W rzeczywistości jest bardzo eleganckim i wyważonym człowiekiem, ale na potrzeby Idola zmienił się w kogoś zupełnie innego. To świadczy o jego wielkiej aktorskiej klasie”. We wszystkim, co Plummer i Pacino razem robili, widać było ogromny wzajemny szacunek. „W jaki sposób Chris tworzy takie wspaniałe postaci? Nie mam pojęcia, ale to prawdziwy geniusz, a to coraz rzadsze we współczesnym kinie”, wyjaśnia słynny Michael Corleone. „Idol” jest drugim filmem, przy którym ta dwójka razem pracowała. „Spotkaliśmy się na planie Informatora, który do dzisiaj uważam za bardzo ważny projekt w swojej karierze”, wyjaśnia Plummer. „Natomiast poza planem znamy się doskonale od wielu lat. Al był dla mnie zresztą zawsze bardzo otwarty. Oglądał mnie w różnych sztukach na Broadwayu i był wobec mnie niesamowicie lojalny. Niezmiernie go szanuję i uważam, że jest jednym z największych aktorów w historii kina”.

Wieloletnią przyjaźń Plummera i Pacino widać także na ekranie. „Nasi bohaterowie doskonale się znają, przez lata często ratowali sobie wzajemnie życie. Danny pomógł Frankowi wyjść z nałogu, a on stara się sprawić, by jego przyjaciel znowu odzyskał radość życia. To bardzo piękna relacja, która ani przez chwilę nie staje się przesadnie sentymentalna”, dodaje Plummer, który uważa, że „Idol” to kino na wskroś klasyczne, ale skierowane do szerokiej publiczności. „Jestem zdania, że widzowie wyjdą z kina z uśmiechem na twarzy i świadomością pożytecznie spędzonego czasu. Film posiada ciekawe i wiarygodne postaci, a scenariusz skrzy od błyskotliwych dialogów Dana Fogelmana, który jest bardzo klasycznym filmowcem, w jak najlepszym tego słowa znaczeniu. Trudno dziś znaleźć takie pełne człowieczeństwa i ciepłego humoru scenariusze, które zmuszają także do refleksji”. Ta wiąże się między innymi z osobą Toma Donnelly’ego, ponad 40-letniego syna Danny’ego, którego ten nigdy nie poznał, choć zawsze wiedział o jego istnieniu. Główny bohater jedzie w tym celu New Jersey. „Matka dziecka zabroniła Danny’emu dostępu do syna ze względu na jego gwiazdorski status”, mówi Fogelman. „Nasz bohater chce odpokutować za swoje dawne grzechy, ale już od samego początku jest to dla niego prawdziwa droga przez mękę”.

W Toma wcielił się Bobby Cannavale, który wniósł do swojej roli autentyczny smutek wyzierający z oczu Donnelly’ego. „Bobby to facet do rany przyłóż”, podpowiada Fogelman. „Jest w nim i jego występie coś tak prawdziwego, że jestem pewien, że niewielu widzów będzie w stanie powstrzymać łzy wzruszenia. Bardzo pomocny był także fakt, że Al i Bobby doskonale się znają i często grywają razem w karty. Był to zresztą jeden z powodów, dla których go obsadziłem w roli Toma, bo ich więź widać w każdej scenie, w której razem występują”, dodaje debiutujący reżyser. Cannavale i Pacino właśnie skończyli występy w Broadwayowskiej adaptacji sztuki Davida Mameta „Glengarry Glen Ross”, by niedługo później trafić na plan „Idola”. „Wszyscy aktorzy w moim wieku patrzą na Ala jak na legendę, którą w końcu jest. Ja sam traktuję go jako swojego idola, więc występowanie u jego boku po raz kolejny było dla mnie bardzo ważnym doświadczeniem”, wyjaśnia Cannavale. „Al jest mistrzem subtelności, potrafi oddać na ekranie każdą emocję i cechę charakteru. Wystarczy przypomnieć sobie wszystkie ikoniczne postaci, które stworzył w kinie. A ja w Idolu mogłem zagrać jego syna. Życie układa się czasami w zabawny sposób”.

Danny i Tom biorą udział w kilku bardzo emocjonalnych scenach, a możliwość pracy na planie z przyjacielem bardzo ułatwiła całą sprawę dla Pacino. „Bobby jest niesamowity. Wystarczy popatrzeć mu w oczy, zawsze coś się w nich dzieje. Muszę jednak przyznać, że nie wiem, czy bylibyśmy w stanie odpowiednio zagrać wszystkie nasze sceny, gdybyśmy poznali się dopiero na planie Idola”, wyjaśnia legendarny aktor. Tom pracuje w branży budowlanej i przez całe swoje dorosłe życie nie miał łatwo. „Ma córkę, drugie dziecko jest właśnie w drodze, a on skrywa dodatkowo pewien sekret, który ostatecznie pomoże mu zbliżyć się do ojca”, opowiada Cannavale. „To człowiek, który nie wykorzystał swojego potencjału, a jednocześnie jedyna rodzina dla Danny’ego. Syn nie chce mieć wprawdzie na początku z ojcem nic wspólnego, ale zostaje praktycznie zmuszony do zmiany zdania, gdyż Danny nie przyjmuje w tym przypadku odmowy”, kontynuuje Cannavale. „Collins wie, że musi naprawić błędy przeszłości i tak zamierza uczynić, niezależnie od tego, co Tom ma w tej sprawie do powiedzenia”, dodaje aktor, który nie szczędzi Fogelmanowi słów pochwały za jego wspaniały scenariusz. „Czuć w nim prawdę, to nie jest tylko zbiór wymyślonych sytuacji czy napisanych od linijki scen. Natomiast na planie Dan zachowywał się jak prawdziwy wyga, nie jak debiutant. Wniósł do projektu wiele pasji”.

W rolę czarującej żony Toma, Samanthy, wcieliła się Jennifer Garner, która, wedle słów Dana Fogelmana, sprawiła, że „Idol” zyskał duszę. „To jedna z tych osób, które są tak miłe, że aż trudno w to uwierzyć, ale jednocześnie jest znakomitą aktorką, która potrafi zagłębić się bez reszty w graną postać”, chwali Garner reżyser. „Sam jako pierwsza otwiera się przed Dannym, ale jednocześnie mówi mu, że choć chciałaby, żeby stał się częścią ich życia, to najpierw Tom musi go zaakceptować, a o to będzie bardzo trudno”. Garner, która jest matką trójki uroczych dzieciaków, podkreśla, że uwielbia historie miłosne, które obracają się również wokół rodzinnego życia. „Bardzo się cieszę, że mogłam wziąć udział w tym projekcie, ponieważ opowiada on o różnych rodzajach trudnej miłości, a to zawsze potrzebna lekcja dla widzów. Sam i Tommy to udana para, zawsze wzajemnie się wspierają, ale ona martwi się o stan męża, który zawsze cierpiał w momencie, gdy w radiu puszczano hit Danny’ego Collinsa. Gdy jednak zauważa niezłomność Danny’ego, który ewidentnie zrobi wszystko, byle tylko wynagrodzić Tomowi, choćby minimalnie, lata spędzone bez ojca, zaczyna powoli zmieniać zdanie”, dodaje Garner. „Idol sprawi, że widzowie poczują się lepiej po wyjściu z kina i jestem pewna, że wszyscy będą po napisach końcowych śpiewać przebój Danny’ego Collinsa, tak jak cała nasza ekipa na planie!”

 

Hity Idola

W filmie pojawiają się dwie piosenki, które są dla historii Danny’ego bardzo ważne. Oba utwory zostały napisane specjalnie na potrzeby „Idola”. „Pierwszym kawałkiem, który słyszymy, jest wielki przebój Danny’ego, Hey Baby Doll”, objaśnia Fogelman. „To naprawdę piękna piosenka, napisali ją Ciaran Gribblin oraz Greg Agar.

Gdy raz ją usłyszycie, nie będziecie potrafili o niej zapomnieć. Nie byłem w stanie przekonać Ala, żeby przestał ją śpiewać na planie. Pewnego razu cała ekipa zaczęła ją nucić!”, wspomina ze śmiechem reżyser „Idola”. Utwór ten jest jednocześnie symbolem wielkiej popularności Danny’ego oraz wszystkiego, co muzyk nienawidzi w swoim życiu. „Collins spędził całą swoją karierę na śpiewaniu tego kawałka”, zaznacza Fogelman, „ponieważ to najlepszy sposób na rozruszanie publiki i nawiązanie z nią więzi. Ludzie uwielbiają, gdy Danny zaczyna refren i wystawia mikrofon przed siebie, pozwalając im śpiewać słowa piosenki wraz z nim. Collins w pewnym momencie mówi nawet, że nie jest już piosenkarzem, lecz konferansjerem, a przy wykonywaniu Hey Baby Doll nie chodzi nawet o samą piosenkę, ale o to, co oznacza ona dla różnych ludzi”, dodaje reżyser. „Dla Danny’ego utwór ten jest jednak bolesnym przypomnieniem wszystkich zaprzepaszczonych szans i straconego talentu. Ceną, którą płaci każdego kolejnego dnia za osiągnięty sukces”.

W trakcie trwającej prawie pięćdziesiąt lat kariery zawodowej Al Pacino stawił czoła wielu aktorskim wyzwaniom, ale na planie „Idola” został postawiony przed zupełnie niespodziewanym testem. „Dziwnie grało mi się piosenkarza”, opowiada aktor. „Zawsze chciałem być gwiazdą rocka i porywać tłumy. Wielu moich kolegów po fachu nagrywa swoje płyty, ale rockmanem żaden jeszcze nie został, bo niezależnie od tego, jak dobrze aktor potrafi śpiewać, nigdy nie będzie tak dobry jak zawodowy piosenkarz. Zrobiłem więc tyle, ile potrafiłem, żeby uwiarygodnić postać Danny’ego, a Dan Fogelman ciągle mnie w tym wspierał. W gruncie rzeczy Hey Baby Doll to dosyć chwytliwy kawałek, pierwszy taki hit w mojej karierze”, dodaje ze śmiechem Pacino, który mógł chociaż przez chwilę żyć swoją rockową fantazją, ponieważ producenci zapewnili mu występ przed pełną salą w przerwie koncertu zespołu Chicago w Greek Theatre w Los Angeles. „Mogłem zaśpiewać na tej samej scenie co Chicago, to było coś! Teraz mogę spokojnie odejść na emeryturę”, kontynuuje legendarny aktor. „Uważam, że to był bardzo odważny ruch ze strony Dana, ale dzięki temu cała scena nabrała niezwykłego realizmu, bo to w gruncie rzeczy była prawdziwa publiczność koncertowa”. Fogelman przyznaje, że był zdenerwowany, nie wiedząc, jak ludzie zareagują na występ Pacino. Bałem się, że wyjdą na fajkę albo do toalety, ale gdy Al/Danny wyszedł na scenę, nikt się nawet nie poruszył. Zaśpiewał Hey Baby Doll siedem razy i nawiązał z publicznością niesamowity kontakt – w pewnym momencie sześć tysięcy osób śpiewało ten kawałek razem z nim! Nikt nie wyszedł z sali, a my nagraliśmy wszystko za pomocą kilku strategicznie rozstawionych kamer”.

Druga wymyślona specjalnie na potrzeby „Idola” piosenka, „Don’t Look Down”, została napisana przez Ryana Adamsa oraz Dona Wasa i stanowi zupełne przeciwieństwo pozytywnej i stricte komercyjnej „Hey Baby Doll”. „Właśnie takie kawałki Danny chciał zawsze tworzyć i śpiewać, i do takiego pisania pragnie ostatecznie powrócić. Gdy Ryan puścił mi ten utwór po raz pierwszy w swoim studiu, wiedziałem, że dokładnie takiej piosenki potrzebowaliśmy! Don’t Look Down jest równie ważna dla fabuły Idola co Hey Baby Doll, obie pokazują dwa różne oblicza Danny’ego Collinsa. Utwór opowiada o spoglądaniu ze smutkiem w przeszłość, a jego słowa idealnie zgrywają się z tym, co dzieje się w drugiej połowie filmu, gdy Danny próbuje przypomnieć sobie dawną wersję samego siebie i przelać targające nim emocje na muzykę. „Al jest niesamowity, gdy wykonuje tę drugą piosenkę, śpiewa ją delikatnie, trochę w stylu Boba Dylana, naznaczając każde słowo wielkim uczuciem oraz tęsknotą za czymś nie do końca zdefiniowanym. Don’t Look Down leci w trakcie ostatniej sceny filmu i pokazuje jednocześnie drogę, jaką przeszedł od początku Danny Collins. Jestem pewien, że widzowie pokochają ten utwór, być może stanie się on nawet popularniejszy od Hey Baby Doll”, dodaje z zachwytem w głosie Fogelman.

„Idol” nie jest jednak oparty tylko na tych dwóch piosenkach. Spora część filmu zawiera, zgodnie z genezą całej historii, różne utwory autorstwa Johna Lennona. „Jego spadkobiercom spodobał się nasz film”, opowiada Fogelman. „Zrozumieli, że Idol jest w dużej mierze listem miłosnym skierowanym do Lennona i jego muzyki i pozwolili nam użyć kilku nagranych przez niego piosenek. To nie są nagrane na potrzeby projektu covery, lecz oryginalne nagrania, zarówno w przypadku Imagine, jak i Working Class Hero oraz Cold Turkey. Dla naszego filmu, który nie miał budżetu wielkiej hollywoodzkiej produkcji, to było naprawdę wielkie wsparcie”. Utwory Johna Lennona sprawiają, że „Idol” nabiera zupełnie innego wyrazu. „Piosenki stają się praktycznie dodatkowym bohaterem filmu”, wyjaśnia Fogelman. „Gdy Danny poznaje po raz pierwszy swego dorosłego syna, Tom mówi mu, że nie żywi do niego żalu za to, że ten go rzucił, choć widać w jego oczach, że nie mówi prawdy. To bardzo bolesna scena, kluczowa dla zrozumienia całej historii Danny’ego. Podłożyliśmy więc pod nią mój ukochany utwór Johna Lennona, Beautiful Boy, który napisał dla swojego syna, Seana”.

Pacino wyznaje, że po seansie gotowego filmu był tak samo wzruszony, jak po pierwszym przeczytaniu scenariusza napisanego przez Dana Fogelmana. „Przesłaniem tego filmu jest uświadomienie widzom, że każdy musi mieć kogoś w swoim życiu”, opowiada aktor. „Właśnie to mnie najbardziej poruszyło w tym projekcie. Mam nadzieję, że publiczność zareaguje na niego podobnie. To ten typ filmu, który chciałoby się dzielić i przeżywać z innymi ludźmi. Widzowie dostrzegą na ekranie znane sobie emocje i fragmenty przeżytych sytuacji, być może odnajdą w nim inspirację do różnego rodzaju zmian, a to naprawdę coś niesamowitego”, kontynuuje Pacino. A co miał do powiedzenia Steve Tilston o filmie, który został w dużej mierze oparty na jego niedoszłym spotkaniu z Johnem Lennonem? „Uważam, że to znakomita rzecz”, mówi muzyk. „Najważniejsze jest to, że film jest prawdziwy, a Al Pacino doskonale zagrał głównego bohatera. Nie można od niego oderwać wzroku!” Jednakże dla Tilstona największym sukcesem jest utrzymanie się w branży muzycznej przez prawie 45 lat. „Prawda jest taka, że podobieństwa między mną i Dannym zaczynają się i kończą na koncepcji otrzymanego listu”, zauważa muzyk. „Sam nigdy nie chciałem być piosenkarzem popowym, świadomie ukierunkowałem swoją karierę na folk i niczego nie żałuję. Również tego, że nie stałem się nigdy bajecznie bogaty i tak popularny jak Danny. Jestem zadowolony ze swojego życia”.

 

Fiszka filmu:  Idol

Danny Collins
 
danny-collins-2015

Reżyseria: 


Obsada:
, , , ,

Gatunek: ,

Premiera: 03 Lipiec 2015
Rok produkcji: 2015
Kraj: USA


 
 
 
 

Dystrybutor filmu

 
 
 
 

Katagoria: warsztat producenta
Słowa kluczowe: , , , ,
Opublikowano 2 lata temu.
Publikacja była czytana: 843  razy.