Dany Boon o Przychodzi facet do lekarza


Film „Przychodzi facet do lekarza” opowiada o człowieku, któremu ciągle się wydaje, że jest chory. Czy taka postawa jest ci bliska?

Temat hipochondrii jest mi coraz bliższy. Osiągnąłem już wiek, w którym własne czyny i neurozy traktuje się inaczej niż kiedyś, muszę więc przyznać, że – podobnie jak wielu artystów i przedstawicieli branży rozrywkowej – naprawdę lękam się wszelkich chorób. Najmniejszy nawet symptom potrafi sprawić, że zaczynam się zastanawiać, czy przypadkiem nie wpadłem w poważne tarapaty i nie złapałem czegoś, czego nie da się wyleczyć. Mając 38 stopni gorączki, czuję się tak, jakbym znajdował się na łożu śmierci. Bardzo często dzwonię więc do mojego lekarza internisty. Ma na imię Roland i tak się składa, że pojawia się na chwilę na ekranie w „Przychodzi facet do lekarza”. Po dwudziestu latach znajomości staliśmy się bliskimi przyjaciółmi. Muszę się przyznać, że znam na pamięć telefon do jego gabinetu i mam nawet zapisany jego domowy numer, chociaż on przeklina dzień, w którym mi go dał!

 

A czy poza odwiedzaniem internisty chodzisz często na wizyty do lekarzy specjalistów?

Oczywiście, regularnie przeprowadzam wszelkie możliwe badania. Często towarzyszą mi również znajomi, którzy borykają się z problemem podobnym do mojego. Niedawno odkryłem, że istnieje coś takiego jak „skan całego ciała”, coś w rodzaju tomografii komputerowej, tyle że na szerszą skalę. Miałem już dwa takie badania. Hipochondria – i mówię teraz całkowicie serio – to dolegliwość, która potrafi być bardzo męcząca dla mych bliskich, rodziny oraz dzieci. Chociaż trzeba przyznać, że dla firm ubezpieczeniowych to bardzo pozytywna rzecz! Odkąd zacząłem tak bardzo uważać na siebie, całkowicie zmieniłem tryb życia – ćwiczę, lepiej się odżywiam.

 

Czy film narodził się właśnie z twoich obaw? Czy to twój sposób na poradzenie sobie z hipochondrią?

Celem tego filmu było pośmianie się trochę z hipochondrii, a środkiem do tego – śmianie się z samego siebie, ponieważ to najlepszy sposób na wywołanie śmiechu u innych. Im bardziej opowiadana historia jest osobista i szczera, tym lepiej wypadają sceny komediowe, dzięki czemu można wprowadzać w ramy fabuły prawdziwie szaleńcze rozwiązania. Na co dzień, podobnie jak w filmie, otwieram drzwi za pomocą łokci i zawsze myję ręce po wpisaniu jakiegoś kodu cyfrowego. Wydaje mi się także, że wolałbym spaść ze schodów, niż złapać się poręczy!

 

Pomysł napisania i wyreżyserowania „Przychodzi facet do lekarza” musiał przyjść ci do głowy dość spontanicznie, ponieważ kręcąc „Wyszłam za mąż, zaraz wracam”, zacząłeś pracę nad innym reżyserskim projektem.

To prawda, film miał się nazywać „Une jolie ch-tite famille” („A Family Very Close Ch’Timi”). Ale jestem osobą publiczną i kolejne moje projekty są szeroko dyskutowane czy nawet poddawane krytyce jeszcze w fazie pomysłu. Posłuchałem bliskich mi osób, które twierdziły, że wyjdzie z tego kolejna opowieść o północnej Francji. Nawet jeśli bardzo wierzyłem w tę historię i kocham mój rodzinny region, wszystkie te uwagi skłoniły mnie do przemyślenia sensowności całego projektu. W efekcie „Przychodzi facet do lekarza” (o którym myślałem także od dłuższego czasu) wydał mi się bardziej atrakcyjny i to na nim się skupiłem.

 

Film podejmuje również wątek współczesnej tendencji ludzi do samodzielnego leczenia się za pomocą internetowych porad…

To prawda, wystarczy wpisać coś w Google, a otrzyma się zdjęcia i opisy każdej możliwej choroby, którą istnieje na świecie. Niektóre z historii, których pełno na różnego rodzaju forach, bywają tragiczne i zadziwiające. Mój ukochany przyjaciel lekarz powiedział mi, że obecnie na konferencjach organizowane są specjalne debaty dotyczące samodzielnego leczenia się przez ludzi. Lekarze muszą często stawiać czoła pacjentom, którzy nie przychodzą do nich z chorobą, lecz gotową diagnozą.

 

Bardzo ciekawym aspektem „Przychodzi facet do lekarza” jest to, że film wychodzi od tematu hipochondrii, by potem podjąć takie kwestie jak ludzka tożsamość czy związki między mężczyznami i kobietami.

Tak, właśnie dlatego ten projekt rodził się tak długo. Hipochondria nie jest sama w sobie zbyt komicznym tematem. Moim zamierzeniem było pokazanie stylu życia hipochondryka, ale za pomocą tego, co moja żona, a przed nią moja matka, musiały przechodzić ze mną. Chciałem pokazać, jak ciężko jest facetowi takiemu jak Romain, który na dodatek zajmuje się zawodowo robieniem zdjęć do słowników medycznych, nawiązywać relacje międzyludzkie. W gruncie rzeczy uważam, że hipochondria to choroba ludzi bogatych – trzeba mieć czas i pieniądze, by móc sobie na nią pozwolić. Chciałem zobaczyć, czy ten facet, mimo swoich neuroz, będzie potrafił znaleźć miłość. W tym miejscu pojawia się postać Kada. Romain (niesłusznie) uważa, że Dimitri jest jego najlepszym przyjacielem, ale lekarz myśli tylko o tym, żeby znaleźć mu partnerkę, która z jednej strony wyleczy go z urojeń, a z drugiej uwolni go od pacjenta. Jest to więc film o chorobie, ale opowiada także o odnajdywaniu miłości oraz maskach, które mężczyźni zakładają na potrzeby relacji z kobietami. Kiedy Romain przyjmuje tożsamość Antona Miroslava, zaczyna się żonglerka tożsamościami, ale przecież każdy z nas to robił – zarówno w pracy, jak i w życiu prywatnym, a w szczególności na początku związku z inną osobą. Od tej chwili, z pomocą pobocznego wątku rewolucji w fikcyjnym Czerkistanie, Romain zaczyna udawać bohatera – to pomaga mu lepiej kontrolować swoje prawdziwe życie. Przy okazji zmienia również życie Anny, która nudzi się w małżeństwie. Ona jest nim zachwycona, tym bardziej, że oboje mają słowiańskie korzenie.

 

Odnoszę wrażenie, że z każdym swoim kolejnym filmem podejmujesz jednocześnie coraz więcej tematów, a to chyba tak naprawdę bardziej pasuje do tego, kim jesteś jako człowiek?

To prawda, „Przychodzi facet do lekarza” jest zdecydowanie bliższy mojego sposobu myślenia niż poprzednie filmy. Pozwoliłem sobie na nieco więcej. Głównym tego powodem jest fakt, że nie grałem od jakiegoś czasu w teatrze i raczej do niego nie wrócę aż do 2016, być może nawet wczesnego 2017 roku. Kiedy kręciłem „Wymarzony domek”, „Jeszcze dalej niż Północ” czy „Nic do oclenia”, jednocześnie ciągle występowałem na scenie. Tym razem zrezygnowałem z teatru i wszedłem na plan z uczuciem frustracji. Przerodziło się to w ogromną potrzebę rozśmieszania ludzi! Wydaje mi się, że w efekcie byłem bardziej kreatywny niż zazwyczaj. Zdarzało mi się nawet wprowadzać zmiany w trakcie kręcenia poszczególnych scen – jak we fragmencie, w którym prowadzimy z Alice rozmowę, ale ona chce do mnie mówić wyłącznie po czerkistańsku. W nocy poprzedzającej kręcenie tej sceny wymyśliłem różne nowa słowa, które pasowały do jej komediowego wydźwięku. Obudziłem w środku nocy kolegę, żeby zlecić mu stworzenie książki z odpowiednimi obrazkami i tłumaczeniem. Wszystkie te pomysły sprawiły, że scenariusz stawał się coraz większy – w efekcie nakręciliśmy ujęcia, których później nie mogliśmy wykorzystać w filmie.

 

Chciałbym odnieść się do twojego reżyserskiego stylu w „Przychodzi facet do lekarza”. Pojawia się w nim oczywiście wiele czysto komediowych scen, w których czujesz się jak ryba w wodzie, ale publiczność może być zaskoczona tym, że równie dobrze radzisz sobie w innych obszarach akcji i romansu.

Przyjmuję to jako duży komplement, ale to prawda, że „Facet przychodzi do lekarza” to zdecydowanie mój najlepszy film jako reżysera. Być może jest to ten, tak zwany, „punkt zwrotny” w mojej karierze! Chciałem przeprowadzić mojego bohatera przez pewne wydarzenia, które zmuszą go do zmiany, a to wymagało żonglowanie różnymi gatunkami filmowymi. Nie zawsze było łatwo. Przykładowo, aż kilka miesięcy zajęło mi wymyślanie Miroslavovi motywacji do powrotu do swojego kraju, aby uratować Romaina. Musiałem stworzyć scenę wiarygodnego spotkania pomiędzy tymi dwiema postaciami. Bardzo długo również się przygotowywaliśmy do kilku bardziej spektakularnych scen – na przykład do sceny ataku w więzieniu wykonaliśmy mnóstwo storyboardów. Wszystko, co nakręciliśmy na Węgrzech, wymagało miesięcy przygotowań oraz dobrania idealnej obsady – chciałem mieć w filmie „prawdziwie słowiańskie” oblicza.

 

Dobrze się bawiłeś przy kręceniu scen akcji?

Tak, uwielbiałem te sceny. Nakręcenie ich zajęło nam dwa tygodnie, wliczając w to dwie noce na sceny w więzieniu. Zrealizowaliśmy je w byłym schronie atomowym skonstruowanym na przedmieściach Budapesztu za czasów sowieckiej okupacji. To niesamowite miasto w mieście – istnieją tam same fabryki, które działają bez ustanku. Muszę w tym miejscu wspomnieć Romaina Windinga, o którym po raz pierwszy usłyszałem przy okazji „Żegnaj, królowo” Benoit’a Jacquot’a, a który wykonał kawał fantastycznej roboty przy oświetlaniu planu.

 

Ten film może zaskoczyć wielu ludzi, być może nawet przeciwników twoich projektów. Jaka była twoja główna motywacja.

Ten film został nakręcony tylko i wyłącznie dla widzów i jeśli im się spodoba, będzie super. Nigdy nie miałem większych wątpliwości co do tego, że sprawdzam się w roli reżysera. Moje filmy zawsze dobrze się sprzedawały. Tworzenie filmu składa się z serii przypadkowych rzeczy, ale wraz z nimi pojawia się coraz większe doświadczenie. Kiedy skończę film, zawsze wyświetlam go dla „żywej” publiczności, chowając się gdzieś w kinie. Wedle zaobserwowanych reakcji decyduję co dalej – bywa, że wracam do montażowni, żeby to czy tamto poprawić. To naturalny odruch kogoś, kto często pracował na scenie.

 

A skoro już mowa o widzach, jednym z wyzwań tego projektu było to, by twój kolejny ekranowy występ z Kadem Meradem nie zawiódł publiczności.

Oczywiście, ale nasze ponowne spotkanie na ekranie wyszło naprawdę dobrze. Zapomniałem już jak wspaniale gra się z Kadem i jak znakomicie zawsze się dogadywaliśmy. To fantastyczny aktor i uwielbiam go reżyserować, czasami nawet „torturować” po reżysersku. Od pierwszych nakręconych z jego udziałem scen wiedziałem, że wszystko pójdzie bez większych problemów. Musieliśmy natomiast uważać, żeby się nie powtarzać i stworzyć wiarygodne postaci, które sprawdzają się w ramach fabuły. Dimitri bardzo przypomina Kada. Podobnie jest z Judith El Zein [gra Norę, żonę Dimitriego], którą uwielbiam i która jest fantastyczna w swojej roli.

 

Kolejnym kluczowym elementem obsady była Alice Pol. Wciela się w Annę, siostrę Dimitriego, która zakochuje się w twoim bohaterze, sądząc, że jest on zbiegłym rewolucjonistą Antonem Miroslavem.

Słyszałem opinie, że historia miłosna Anny i Romaina dobrze się sprawdza na ekranie i jest wiarygodna. Ale te sceny, które świetnie wyglądały na papierze, działają tak dobrze, ponieważ Alice Pol doprowadzała nas do łez śmiechu zarówno przed, jak i po ich kręceniu. Ma prawdziwy talent do rozśmieszania ludzi. Jestem niezwykle szczęśliwy, że miałem okazję poznać tak wspaniałą aktorkę, ponieważ ważnym dla filmu aspektem było przeniesienie ciężaru fabuły z relacji między mną i Kadem na związek Anny i Romaina. Na Alice ciążyła więc spora odpowiedzialność. Chciałbym także dodać jedną rzecz na temat postaci Antona Miroslava – Jean-Yves Berteloot obawiał się trochę z początku, by nie popaść w karykaturę. Pracował ciężko nad swoim akcentem z trenerem z Ukrainy i udało mu się stworzyć postać, która nie jest jednowymiarowa. A poza tym, jesteśmy do siebie naprawdę podobni. Urodziliśmy się tylko kilka kilometrów od siebie – myślę, że powinienem jak najszybciej zajrzeć do drzewa genealogicznego mojej rodziny!

 

Wszyscy twoi aktorzy – zarówno pierwszoplanowi, jak i epizodyczni – chwalą cię, mówiąc, że troszczyłeś się o nich każdego dnia i zawsze słuchałeś tego, co mieli do powiedzenia.

Dla mnie to podstawowy aspekt tego zawodu. Nie potrafię zdzierżyć, kiedy w filmach lekceważy się mniej ważne dla fabuły postaci. Wybijam się wtedy od razu z takiej opowieści. Nienawidzę w kinie tekturowych postaci.

 

Ostatnie pytanie, Dany. Na każdym twoim filmie ciąży pewna presja ze względu na sukces poprzedniego. Podobnie będzie z „Przychodzi facet do lekarza”. Czy czujesz tę presję przy rozpoczynaniu nowych projektów?

Wychodzę z założenia, że film osiąga taki sukces, na jaki zasługuje. Czuję presję, o której wspomniałeś, od czasów „Jeszcze dalej niż Północ”, ale nigdy nie przeszkodziło mi to cieszyć się ze swojej pracy i mieć pewnego poczucia wolności. Moim głównym celem jest rozśmieszanie ludzi, zapewnianie im rozrywki. Mógłbym nie kręcić filmów, właśnie dlatego traktuje ten zawód z jeszcze większą szczerością i zaangażowaniem. Nie potrzebuję tego – ja chcę to robić. Kocham to, co robię, niezależnie od skali kolejnych projektów. Szanuję również opinie i recenzje krytyków, chyba że zaczynają pisać o moich sprawach osobistych. Nie mam problemów ze słuchaniem tego, co inni ludzie mówią o moich filmach, bo to przynajmniej dowodzi, że są nimi zainteresowani. Ale najważniejsze jest dla mnie to, w jaki sposób reaguje na nie publiczność.

 

Fiszka filmu:  Przychodzi facet do lekarza

Supercondriaque
 
przychodzi-facet-do-lekarza-2014

Reżyseria: 


Obsada:
, , ,

Gatunek:

Premiera: 11 Lipiec 2014
Rok produkcji: 2014
Kraj: Belgia, Francja


 
 
 
 

Dystrybutor filmu

 
 
 
 

Katagoria: warsztat reżyseria
Słowa kluczowe: 
Opublikowano 3 lata temu.
Publikacja była czytana: 367  razy.