Jan P. Matuszyński o reżyserii filmu Ostatnia rodzina


Co stanowiło największe wyzwanie przy realizacji filmu „Ostatnia Rodzina”? Jak przygotowywałeś się do swojego debiutu?

Na samym początku największym wyzwaniem było znalezienie producenta. Temat Beksińskich był trudny z bardzo wielu powodów, w tym problemów natury prawnej. Potrzebowałem zatem kogoś, kto nie tylko zrozumie moją wizję, ale także będzie odważny i znajdzie w sobie siłę na rozwianie wszelkich niejasności formalnych. Leszek Bodzak i Aneta Hickinbotham doskonale sprawdzili się jako producenci i to nawet z nawiązką. Z nimi wszelkie kolejne wyzwania były i są o wiele prostsze.

OstatniaRodzina 04 foto Hubert Komerski

Jeśli chodzi o przygotowanie, to dla mnie jest ono kluczowe w pracy przy filmie. Dlatego zanim padł pierwszy klaps pracowaliśmy nad tym projektem przez ponad rok po to, żeby – gdy już znajdziemy się na planie – realizować konkretną wizję, a nie szukać igły w stogu siania.

 

Który z bohaterów stał Ci się najbliższy? Czy identyfikowałeś się z ich wyborami, charakterami, dylematami? Jak dzisiaj, po ukończeniu filmu, myślisz o nich?

Swoich bohaterów trzeba kochać. Nie ma innej możliwości. Nauczyłem się tego podczas robienia filmów dokumentalnych. Z „Ostatnią Rodziną” – choć to film fabularny – jest bardzo podobnie. Podczas prac preprodukcyjnych wspólnie z aktorami i ekipą przechodziliśmy przez tony materiałów źródłowych – dzienników, listów, taśm szpulowych czy VHSów. Robiliśmy to po to, żeby poznać tę rodzinę jak najbardziej, a w tym przypadku naprawdę mamy do czynienia z prawdopodobnie najlepiej udokumentowaną rodziną na świecie.

Tych materiałów było mnóstwo i trzeba to było ogarnąć, ale podczas ich poznawania, mogliśmy przeanalizować wiele z ich wyborów i dylematów. Patrząc z perspektywy, gdy film jest już gotowy, mogę powiedzieć, że podziwiam ich za stopień świadomości i za to, jak bardzo mimo tych wszystkich różnic byli sobie bliscy. To na pewno rodzina, której warto się z bliska przyjrzeć.

 

Czy miało znaczenie dla Ciebie to, że opowiadasz o prawdziwych postaciach, o prawdziwych życiorysach?

W przypadku Beksińskich nie chodzi tylko o to, że to historia prawdziwa, ale przede wszystkim bardzo ważne jest, że to wszystko wydarzyło się stosunkowo niedawno. Ponadto ich wizerunek, wygląd ich mieszkań i wiele innych rzeczy z nimi związanych można łatwo znaleźć w Internecie. Wiedziałem, że jak już mamy odtwarzać mieszkania Zdzisława i Tomka, to muszą one być odwzorowane bardzo dokładnie. Co więcej, mając na uwadze jak momentami kontrowersyjna jest ich historia, zależało mi na tym, żeby przedstawić wszystko tak blisko prawdy, jak to możliwe. To jest oczywiście pułapka, bo takie założenie w przypadku filmu, który trwa 2 godziny, a odnosi się do 28 lat życia bohaterów, da się zrealizować tylko do pewnego stopnia. W końcu historia Beksińskich spokojnie mogłaby wypełnić z 5 sezonów naprawdę niezłego serialu 13-odcinkowego.

To ma też drugą stronę, która może być dla niektórych zauważalna dopiero z pewnej perspektywy. Posłużyłem się historią rodziny Beksińskich po to, żeby opowiedzieć o rodzinie szerzej, ogólniej, a nie tylko przywiązywać się do tego nazwiska i tej konkretnej rodziny. To nie dla wszystkich może być od razu jasne. Szczególnie dla tych, dla których Beksińscy byli bardzo bliscy.

 

Jak wybrałeś aktorów? Czy czytając scenariusz miałeś przed oczyma konkretne nazwiska?

Podeszliśmy do tego z otwartą głową. Nie było na początku żadnych konkretnych nazwisk czy twarzy. Jedynym wyjątkiem było obsadzenie Andrzeja Chyry jako Piotra Dmochowskiego. Z racji tego, że to mój debiut fabularny, chciałem chłonąć każdą chwilę, każdą minutę tego fascynującego procesu. Każda z tych trzech głównych ról to petarda – wiedziałem to od pierwszego czytania scenariusza. W związku z tym zakładałem, że wiele osób będzie się o te role starać i w tej kwestii ani trochę się nie myliłem. Zostaliśmy zasypani różnymi interpretacjami tych postaci. Na pierwszy ogień szedł oczywiście Zdzisław, choć ja chciałem za jednym razem obsadzić całą rodzinę. Do tej roli casting był głównie stolikowy. Któregoś dnia stwierdziłem, że może Andrzej Seweryn. Wszyscy po kolei zaczęli reagować z zaskoczeniem lub niedowierzaniem. Spotkaliśmy się. Okazało się, że mamy wiele wspólnego, jest szansa na niezwykłą współpracę i zaczęliśmy się „wąchać”. Role Zosi i Tomka były obsadzane stricte na zasadach castingu. Aleksandra Konieczna i Dawid Ogrodnik byli, jak się okazało, bezkonkurencyjni.

OstatniaRodzina 17 foto Hubert Komerski

 

A jaka była Twoja pierwsza refleksja po przeczytaniu scenariusza? Czy to że „Ostatnia Rodzina” to Twój pełnometrażowy debiut fabularny mobilizowało Cię, czy może raczej była to dodatkowa trudność? Miałeś w pamięci to, że debiutujesz, czy raczej historia pochłonęła Cię?

Szukałem scenariusza na debiut fabularny jakieś 4 lata. Sam raczej nie piszę. Dla mnie scenarzysta to inny zawód niż reżyser i powinny go wykonywać dwie różne osoby, bo mogą ze sobą pogadać. Tekst Roberta Bolesto był szalenie interesujący i absolutnie wyjątkowy. Po prostu nadzieja na wyjątkowy film, którego jeszcze nie było.

To, że jestem debiutantem w fabule jakoś specjalnie mnie nie zajmowało. Trzeba się bardzo dobrze przygotować, szczególnie na etapie wstępnym, żeby nie mieć wątpliwości na planie. Pisano, że trudny temat dla debiutanta… Tyle, że ja nie wiem co to znaczy. Za łatwe rzeczy nie chce mi się zabierać, bo są zwyczajnie często nudne – zarówno dla mnie jako reżysera, jak i później dla publiczności. Dla mnie reżyser to pierwszy widz filmu. To cholernie ważne. A ja jestem bardzo krytyczny wobec wielu rzeczy, więc jak coś mi się podoba, to jest szansa, że innym też się spodoba. Do tego dochodzi jeszcze jedna ważna rzecz. Nie tak dawno zrobiłem pełnometrażowy, bardzo trudny dokument „Deep Love” i „Ostatnią Rodzinę” siłą rzeczy traktowałem trochę jak kolejny film. A to czy to dokument, czy fabuła to jest naprawdę kwestia drugorzędna. Szczególnie patrząc na kino ostatnich lat, ponieważ środki filmowe w jednym i drugim rodzaju filmów są obecnie bardzo podobne. A film może być po prostu dobry albo zły.

 

Czy zanim stanąłeś na planie twórczość Beksińskiego była Ci bliska? Jaką rolę odegrało malarstwo Beksińskiego w tym filmie? Inspirowałeś się nim?

Pierwszy raz zobaczyłem obrazy Zdzisława na wystawie w Sanoku jak miałem 10 lat. Później na przestrzeni lat odwiedzałem różne wystawy jak była okazja, choć nigdy nie było tak, że uważałem go za ulubionego malarza. Długo bliscy mi byli surrealiści, a do „Beksa” od nich nie tak daleko. Robiąc „Ostatnią Rodzinę” wiedzieliśmy, że to nie ma być film o malarzu, o tym, jak powstają jego prace. To ma być gdzieś w tle. Chciałem zobaczyć bardziej, jak to jest żyć wśród tego malarstwa. Dlatego obrazy głównie wiszą na ścianach, a ich analiza pojawia się tylko wtedy, gdy jest w dialogu jakiś inny kontekst. Na poziomie wizualnym też nie odnosiliśmy się do stylistyki tych obrazów. To nie kino science-fiction tylko… powiedzmy kino familijne. O wiele bardziej inspirowały nas materiały VHS z archiwów rodziny Beksińskich. Poza tym chodziło o sportretowanie rodziny, a nie tylko Zdzisława czy Tomka, więc sceny są tak zainscenizowane, żeby zajmować się wszystkimi. Szczególnie w pierwszej części filmu. Myślę, że dla niektórych może to się wydać dziwne, jednak mnie o wiele bardziej fascynuje to, jak oni się od siebie odbijali w życiu, niż to co tworzyli.

OstatniaRodzina 19 foto Hubert Komerski

 

Fiszka filmu:  Ostatnia rodzina

 
Ostatnia rodzina

Reżyseria: 


Obsada:
, , , , , ,

Gatunek: ,

Premiera: 30 Wrzesień 2016
Rok produkcji: 2016
Kraj: 


 
 
 
 

Dystrybutor filmu

 
 
 
 

Katagoria: warsztat reżyseria
Słowa kluczowe: , , , , , ,
Opublikowano 12 miesięcy temu.
Publikacja była czytana: 1716  razy.