Kinga Dębska o filmie Moje córki krowy


Skąd taki tytuł, „Moje córki krowy”?

Po obejrzeniu filmu będzie to jasne. Zależało mi, żeby tytuł sugerował, iż jest to film o rodzinie, ale że nie wszystko jest w niej okej, że są tam jakieś problemy. Z drugiej strony nie ma ona nic wspólnego z patologią, nie wywodzi się z nizin społecznych, jest to zwykła kochająca się rodzina, w której po prostu ojciec czasami mówi do swoich córek per „ty krowo”. I nikt się o to nie obraża, ponieważ wiadomo, że on w taki właśnie sposób wyraża swoją miłość. To wcale nie jest rzadkie zjawisko. Znam rodziny, w tym moją własną, w której nie chwali się dzieci, nie mówi im, jakie są wspaniałe, a miłość okazuje się w szczególny i zawoalowany sposób, poprzez drwinę, uszczypliwość, złośliwość, sarkazm. Takie zachowanie jest szczególnie prawdopodobne, jeśli mamy do czynienia z ojcem despotą, który powoli odkleja się od rzeczywistości.

 

Inspiracją do napisania scenariusza do filmu były pani osobiste doświadczenia. Ale – jak sama pani powiedziała w jednym z wywiadów – „prawda jest tylko punktem wyjścia”. Ile tej prawdy ostatecznie znalazło się w filmie?

Całkiem dużo. Teraz, kiedy film jest już skończony, widzę jak wiele jest w nim sytuacji z życia wziętych. Mogę powiedzieć, że ten projekt był dla mnie eksperymentem na własnym organizmie. Jeszcze nigdy, robiąc filmy, nie operowałam tak blisko siebie i własnej rodziny. Muszę jednak podkreślić, że w żaden sposób aktorzy mnie ani moich bliskich nie grają. Postaci są inspirowane życiem, ale nie jeden do jednego. Są – można powiedzieć – wariacjami na temat współczesnej rodziny. Jak najbardziej prawdziwe są natomiast sytuacje, doświadczenia, które spotykają bohaterów. To było dla mnie terapeutycznie uwalniające, kiedy widziałam, jak inaczej ode mnie można zachować się w traumatycznych sytuacjach. Pamiętam pytanie Agaty Kuleszy przed zdjęciami, czy ma ruszać się i zachowywać jak ja. Odpowiedziałam jej, że absolutnie nie. Chciałam, żebyśmy razem zbudowały filmową Martę. Film nie miał być kalką, odzwierciedleniem rzeczywistości, ale filmową opowieścią, która wyrosła z prawdy i prawdziwej potrzeby podzielenia się ze światem czymś bardzo osobistym, ale mimo wszystko jest jednak fikcją.

 

Nie mogę nie zapytać o materiały wideo, które znalazły się na końcu filmu? Czy pochodzą one z prywatnego archiwum, czy zostały zrealizowane na potrzeby filmu?

To pytanie uznam za komplement dla operatora Andrzeja Wojciechowskiego, który wystarczająco wiarygodnie te retrospekcje nakręcił. Przez kilka miesięcy szukaliśmy dziewczynek podobnych do Agaty i Gabrysi. Kiedy je znaleźliśmy i ich zdjęcia umieściliśmy w scenografii, aktorki pytały, skąd mamy ich zdjęcia z dzieciństwa, przecież nam nie dawały, tak bardzo dziewczynki były podobne. Nakręciliśmy te scenki na zwykłej kamerze wideo, mającej udawać wideo domowe, później jeszcze zmontowany materiał zdegradowaliśmy w postprodukcji, żeby wyglądało to jak archiwalny film amatorski zrobiony na kamerze 8 mm. Niestety Paweł Ziemiński, który odtwarzał młodego ojca, kilka dni po zdjęciach tragicznie zginął w wypadku. To paradoks, że te pseudoamatorskie wprawki okazały się ostatnimi zarejestrowanymi obrazami z jego życia.

 

Proszę powiedzieć kilka słów o bohaterkach filmu, siostrach – Marcie i Kasi, w które brawurowo wcieliły się Agata Kulesza i Gabriela Muskała?

Marta, grana wirtuozersko przez Agatę, jest pozornie silną kobietą sukcesu, wydaje się, że wszystko u niej jest okej, gdy tak naprawdę nic nie jest w porządku. Choroba i śmierć rodziców uwidoczniły tylko to, co toczyło jej życie od dawna: pustkę, poczucie braku, deficyt bliskości i nieumiejętność bycia z drugim człowiekiem.

Fotos Art-130814-12

Kasia w brawurowym wykonaniu Gabrysi to przeciwieństwo Marty. Jest z pozoru słaba, dziecinna, zamknięta w puszce niedoskonałego małżeństwa, ale jej rozedrganie i życzeniowy stosunek do rzeczywistości to tylko przykrywka, pod którą aż dymi od frustracji i niespełnionych pragnień. Obie siostry są współczesnymi wersjami czterdziestolatek, które jakoś się w życiu ustawiły, ale które nie są zadowolone z tego, jak wygląda ich życie.

Fotos Art-150814-35

Agata i Gabrysia dały swoim bohaterkom wiele z siebie, jakąś wewnętrzną szczerość, czechowowską tęsknotę, no i przede wszystkim poczucie humoru. Nigdy nie zapomnę momentu, kiedy postać Agaty zaczęła żyć własnym życiem, gdzieś po połowie zdjęć. Zrozumiałam, że nasza filmowa Marta reaguje inaczej niż Agata i niż ja, że stała się już oddzielnym bytem. To był taki mój prywatny cud, zadziwienie, dla którego warto robić filmy.

 

Jak udało się pani zgromadzić tak znakomitą obsadę?

Dałam im scenariusz, który obudził w nich nadzieję, że stworzą coś fajnego. Aktorzy chcą grać, ale nie ciągle to samo. Niestety w Polsce często obsadza się aktorów wciąż w podobnych rolach, podczas gdy i widzowie, i oni sami, bardzo chętnie wyszliby poza przypisywane im emploi. Wiele aktorek chciało grać siostry, bo niewiele jest tak dużych i pełnych ról dla kobiet po czterdziestce. To, że w końcu zagrały Agata i Gabrysia, uważam za moje wielkie szczęście. Obsadzanie to posługiwanie się intuicją, przeczuciem, nigdy nie wiadomo na pewno, co z tego wyniknie. Ja mam taką teorię, że każdy człowiek ma jakąś wewnętrzną właściwość, jądro, coś, co go charakteryzuje, i co widać na ekranie bez względu na to, kogo gra, i trzeba to brać pod uwagę. Poza tym jest jeszcze kwestia czasu, momentu w życiu aktora. Agata była tuż po „Idzie”, spragniona współczesnej roli, rozbudzona, zmęczona, i to dobrze zrobiło dla filmu. Gabrysia natomiast była głodna zagrania roli na miarę jej możliwości, nie znowu wyrazistej postaci drugoplanowej, ale pełnokrwistej głównej roli, i to też było fantastyczne. Miałam na planie ambicjonalny pojedynek dwóch wielkich aktorek, co było też trochę wpisane w film, bo filmowe siostry także się w życiu ścierają.

Fotos Art-070914-24

 

W jakich okolicznościach do obsady dołączył Marian Dziędziel?

Przyjechał z Krakowa na spotkanie, wypiliśmy razem kawę, spojrzeliśmy sobie w oczy, i wszystko było jasne. Dziś widzę, że to był strzał w dziesiątkę. Marian był głodny zagrania czegoś innego, niż grywał do tej pory. Nasza rozmowa była krótka. Marian powiedział, że żona przeczytała scenariusz i że musi to zagrać, bo to scenariusz o nim. Zadałam mu pytanie, czy przejdzie się po szpitalu w koszuli z gołym tyłkiem. Zgodził się, choć dość niechętnie. I od razu, jak to on, zaczął się na zapas martwić, jak on to zrobi, czy da radę, że to trudne.

Fotos Art-130814-25

Marian jako wybitny aktor i bogaty w przeżycia człowiek stworzył wielką kreację. Takiego Dziędziela widzowie jeszcze nie znają. Przed zdjęciami Marian konsultował się z neuropsychologiem, żeby jak najbardziej prawdopodobnie pokazać zachowanie człowieka z rosnącym guzem mózgu. Jestem mu wdzięczna za odwagę, wsparcie i poczucie humoru, którym rozbrajał nas wszystkich. Po planie chodził cały czas ze starą reklamówką, która, jak wierzył, przynosi mu szczęście – chodził z nią też na planie „Wesela” Smarzowskiego.

 

Marcin Dorociński gra w filmie męża Kasi, nieudacznika i nieroba, na ekranie pojawia się w nietypowej dla siebie charakteryzacji. Skąd pomysł, aby obsadzić go wbrew dotychczasowemu emploi?

To akurat wymyślił sam Marcin. Kiedy przeczytał scenariusz, poprosił o rolę Grzegorza, czyli postać kompletnie przeciwną do tych, które dotąd grywał. Myślałam najpierw, że się pomylił, ale on był głodny czegoś innego, chciał złamać swoje emploi. Marcin nie ma natury amanta, mimo iż tak wygląda i tak jest obsadzany. Ma fantastyczny talent komediowy, który tu widać, ja go tylko hamowałam, żeby za bardzo nie kradł scen. Postać grana przez Marcina powstała już przy próbach charakteryzacji i kostiumów. Kiedy zobaczyliśmy go z tłustą grzywką, w mokasynach założonych na skarpety, mieliśmy Grzegorza. Podczas zdjęć miałam cały czas poczucie, że męczy go i zawstydza bycie gwiazdą, że fantastycznie czuje się na drugim planie. Często do filmu wchodziły pierwsze duble z nim. Ale kiedy robiliśmy i po dwadzieścia dubli, był najbardziej cierpliwym aktorem na planie. Praca z takimi dobrymi aktorami jak on, Agata, Gabrysia, czy Marian jest przyjemna, bo chowają swoje ego, słuchają uwag reżysera, są uważni, myślą i czują.

Fotos Art-130814-7

 

Czy w trakcie realizacji tego projektu stanęła pani przed szczególnymi wyzwaniami? Która ze scen była najtrudniejsza?

Cały ten film był dla mnie psychicznym wyzwaniem, sposobem na poradzenie sobie z odejściem rodziców, moją swoistą żałobą. Po skończeniu montażu miałam poczucie pustki, bałam się, że wpadnę w depresję, wylądowałam u psychologa. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że teraz to już naprawdę moi rodzice odeszli, nawet metaforycznie. Kiedy robiłam film, wciąż jeszcze jakby żyli, pewnie to był psychologiczny mechanizm obronny, odkładanie żałoby na potem. Podczas zdjęć nie miałam większych problemów realizacyjnych, może scena śmierci matki była dla mnie trudniejsza niż inne. Ale nie było łez, pamiętam, Agata zagrała, odwracam się od monitora do ekipy i widzę, że wszyscy płaczą, a ja nie. Jakoś się zablokowałam, trochę jak filmowa Marta. Dość trudna realizacyjnie była scena nocnej wędrówki ojca po szpitalu, kręcona w dużej mierze ze steadycamu. Ale ja lubię trudności, bo one rozwijają. Chciałabym kiedyś zrobić wielkie epickie kino, wiem, że potrafię, pytanie tylko, czy decydenci dadzą kobiecie od kina autorskiego na to szansę. Nie chciałabym wpaść w szufladkę „pani od trudnych tematów”.

 

„Moje córki krowy” dotykają trudnego, bolesnego tematu, ale został on ujęty w sposób nietypowy jak na polskie kino – sytuacje dramatyczne okraszone zostały sporą dawką humoru. Skąd taki właśnie pomysł na opowiedzenie tej historii?

To chyba kwestia mojego stosunku do rzeczywistości. Jestem smutasem, który często przybiera maskę klauna, nie chcąc obarczać ludzi wokół własnymi wewnętrznymi dramatami. W kinie, literaturze, teatrze lubię, kiedy tragedia przełamuje się z komedią, kiedy możemy śmiać się przez łzy. Śmiech wyzwala. Uważałam, że ciężar historii „Moich córek krów” byłby zbyt przytłaczający, gdybym ujęła go jako dramat psychologiczny. Jak radził mi czeski mistrz Jiří Menzel, o tragedii najlepiej opowiada się przez komedię, bo człowiek w swojej istocie jest tragikomiczny. Czymże bowiem jest nasz los z jakiejś wyższej perspektywy? Wiadomo, że źle się skończy, śmierć jest pewna, więc lepiej chyba wykorzystać te chwile, które są nam dane, i jak najwięcej się śmiać. Jak w pewnym momencie filmu mówi Marta: bo to życie to tylko chwilka.  

Fotos Art-150814-37

 

W filmie w roli dorosłej córki Marty wystąpiła pani córka. Czy Maria planuje zawodowo zająć się aktorstwem?

Marysia jest na czwartym roku aktorstwa w Łódzkiej Szkole Filmowej, właśnie przygotowuje spektakl dyplomowy z Grzegorzem Wiśniewskim „Maria Stuart”, w którym gra rolę tytułową. Myślałam, że będzie muzykiem, ale po pierwszym roku Akademii Muzycznej rzuciła fortepian, mówiąc, że nie chce być ciągle sama, sama ćwiczyć, sama na scenie, nie chciała być pianistką. Ale myślę, że może jej się to jeszcze przydać, aktorka, która umie świetnie grać na fortepianie to rzadkość. Od początku chciałam, żeby zagrała córkę głównej bohaterki, choć może to wyglądać na nepotyzm. Jest młodą aktorką, a poza tym wraz ze mną przeszła przez podobną do opowiedzianej w filmie historię, i czułam, że zagranie tego może jej pomóc poradzić sobie z utratą dziadków. Pod względem warunków świetnie pasowała do tej roli. Bałam się tylko, żeby nie przenosiła na plan stosunków panujących w domu, ale niepotrzebnie. Marysia świetnie się odnalazła, wymyśliła nawet na planie jedną scenę, kiedy przytula się do śpiącej matki, żeby choć w ten sposób wziąć od niej odrobinę czułości.

 

Wraz z oficjalną premierą filmu do księgarni trafi książka pani autorstwa powstała w oparciu o scenariusz. Proszę powiedzieć coś więcej na jej temat.

Zanim zaczęłam pisać scenariusz, pisałam dziennik, kiedy to wszystko się działo, kiedy odchodzili moi rodzice. Już po zrobieniu filmu wydawnictwo Świat Książki zaproponowało mi wydanie książki opowiadającej historię zawartą w filmie, w sposób pogłębiony i poszerzony. Zaproponowali mi nawet ghost writera, ale nie skorzystałam. Oczywiście trochę obawiałam się, bo to mój literacki debiut, ale dostałam do współpracy doświadczoną redaktorkę, która mnie wsparła. Miała pomysł, żeby książka miała formę równoległych dzienników dwóch sióstr. Z perspektywy każdej z nich wydarzenia wyglądają kompletnie inaczej, często są wręcz ze sobą sprzeczne. Dzięki temu zachowując intymność filmu, książka uwidacznia, jak bardzo możemy mylić się, jednostronnie oceniając rzeczywistość. Proces pisania książki pomógł mi lepiej zrozumieć moją siostrę, zobaczyłam, jak to wszystko wyglądało z jej punktu widzenia, zrozumiałam, że ona jest moim rewersem, że bez niej nie byłabym taka sama. Zabrzmi to patetycznie, ale po przejściu fali nienawiści, żalu, niezrozumienia, dopiero pisząc książkę zrozumiałam, jak bardzo ją kocham i jak bardzo jest mi potrzebna.

Fotos Art-010914-18

 

Fiszka filmu:  Moje córki krowy

 
Moje córki krowy nowy plakat

Reżyseria: 


Obsada:
, , , , , ,

Gatunek: ,
Nagrody/nominacje:
Premiera: 08 Styczeń 2016
Rok produkcji: 2015
Kraj: 


 
 
 
 

Dystrybutor filmu

 
 
 
 

Katagoria: warsztat reżyseria
Słowa kluczowe: , , , , ,
Opublikowano 2 lata temu.
Publikacja była czytana: 608  razy.