Tomasz Szafrański o reżyserii „Klubu włóczykijów”


Reżyser i scenarzysta Tomasz Szafrański (zrealizował m.in. ceniony film krótkometrażowy „Diabeł” z Andrzejem Grabowskim, zainspirowany klasyczną nowelą Guya de Maupassanta), twórca młodego pokolenia, o sporym doświadczeniu telewizyjnym i scenopisarskim, zalicza się do wielbicieli prozy Edmunda Niziurskiego.

Ale pierwszym impulsem do realizacji filmu było co innego. – Podczas pracy nad serialem „Do dzwonka”, na zamówienie Disney Channel, przekonałem się, jak wielką przygodą jest praca z młodymi aktorami. Mają w sobie wielką otwartość i energię, która się udziela. I odwagę, bo nieraz ważyli się na rzeczy, do których trudno by było namówić doświadczonych aktorów. Pomyślałem, że warto tego typu doświadczenie kontynuować, chociaż nie myślałem, że będę realizować filmy przeznaczone dla młodych widzów. Sięgnąłem na półkę z ulubionymi książkami. Byłem fanem Marka Twaina, Wiecha i właśnie Niziurskiego. Przed laty nie było wakacji, żebym nie przeczytał po raz kolejny „Klubu włóczykijów”. Początkowo miałem pomysł, by zająć się opowiadaniem „Jutro klasówka”, ale pomyślałem, że choć to bardzo zabawny tekst, to jednak realia zbyt się zmieniły. Wobec czego ostatecznie postanowiłem zaczerpnąć inspirację raczej z bardziej uniwersalnego „Klubu…”. Praca nad tekstem nie okazała się łatwa i ostatecznie od pomysłu do realizacji upłynęły cztery lata.

Szafrański zdecydował, że akcja nie będzie się rozgrywać w latach 70., lecz raczej współcześnie. To „raczej” oznacza, że może to być XXI wiek, ale może lata 80. wieku ubiegłego, o czym świadczą niektóre realia i na przykład modele samochodów, ze skodą na czele. Wiązało się to z konceptem, by film stał się rodzajem dyskretnego hołdu dla amerykańskiego kina „nowej przygody”, które reżyser – i wielu ludzi zbliżonych do niego pokoleniowo – wspomina dziś z wielkim sentymentem. Nie brak w filmie bezpośrednich nawiązań do amerykańskiej klasyki z tamtego kręgu, co uważni widzowie z pewnością dostrzegą i usłyszą (ponieważ ścieżka dźwiękowa jest rodzajem dyskretnego hołdu dla ówczesnego kina). Są też i odniesienia do twórczości Niziurskiego, choćby do „Sposobu na Alcybiadesa”, a w pokoju jednego z bohaterów można wypatrzyć pewien filmowy plakat. Założeniem twórcy było, by na film poszły nastolatki z rodzicami i „młodszymi dziadkami” i by wszyscy doskonale się bawili, rozpoznając klimat i cytaty z kina z dość odległej już epoki, które to kino ciągle jednak jest dobrze pamiętane, także dzięki telewizyjnym wznowieniom. – Sposób ustawienia kamery, prowadzenia akcji, kadrowanie – wszystko to świadomie nawiązuje do rozwiązań spielbergowskich. Jest w tym nutka nostalgii, której się zupełnie nie wstydzę – mówił twórca.

KW 8 copyright Domino Film

Sporą trudnością było stworzenie czytelnej struktury opowiadania. – Niziurski, jak każdy dobry pisarz, prowadzi wiele pomysłowych gier z czytelnikami na płaszczyźnie czysto literackiej, co trudno oddać na ekranie, choć powieść ma przecież pełną perypetii akcję. Zrozumiałem, że dynamiki postaciom bohaterów dodaje kluczowa postać korepetytorki Joanny, która niejako prowokuje splątane relacje różnych osób. Gdy w pełni to pojąłem, pisanie stało się znacznie łatwiejsze – mówił reżyser.

 

Obsada

Castingi trwały długo – aż trzy lata, ponieważ twórcy filmu byli zdania, że perfekcyjne obsadzenie wszystkich bez wyjątku ról jest warunkiem sukcesu. Długo poszukiwano stryja Dionizego, który miał przypominać – także fizycznie – tego z powieści. Wreszcie zdecydowano się na Bogdana Kalusa („Ranczo”). Był to zdaniem reżysera strzał w dziesiątkę. – Dionizy to potężny facet. Zrezygnowaliśmy tylko z wąsów, bo Bogdan wygląda w nich… nietwarzowo. Poświęcił się i przytył jakieś piętnaście kilo. I po prostu stał się Dionizym.

Początkowo rolę przestępcy, doktora Kadrylla, miał zagrać Zbigniew Zamachowski. – Bardzo lubię u niego rodzaj nerwowości, niepokojącej energii, która wspaniale wypada na ekranie, przez co grane przez niego postaci wydają się nieprzewidywalne – tłumaczył Szafrański. – Ale przygotowania się przedłużały i nie byliśmy już w stanie zgrać terminów, tym bardziej że Zbyszek musiał przejść operację nogi. Wtedy pojawiła się myśl, że może zastąpiłby go Tomasz Karolak. Ze Zbyszkiem zresztą wkrótce spotkaliśmy się na planie mojego najnowszego filmu, amerykańskiego, ale kręconego w Polsce. Gra w nim Stephen Baldwin („Urodzony 4 lipca”), a Warszawa staje się Nowym Jorkiem. Jest to czarna komedia o pewnym księgowym wplątanym w działania polskiej mafii wódczanej. To rzecz w stylu kina lat 30. i 40. Karolak wspominał: – Wiedziałem o operacji Zbyszka, z którym prywatnie bardzo się lubimy. Rozmawiając z nim przez telefon, rzuciłem: to chyba będę musiał to za ciebie zagrać. Nie miał absolutnie nic przeciwko temu.

Reżyser, po wymuszonej okolicznościami rezygnacji Zamachowskiego, chciał, by jego następca zagrał Kadrylla zupełnie inaczej. – Tomek bardzo ucieszył się z naszej propozycji, bo bardzo podobał mu się „Diabeł” i chciał ze mną pracować. W dodatku też jest wielbicielem Niziurskiego, więc czuje klimat przygody i specyficznego humoru. A w dodatku, podobnie jak i ja, tęskni za kinem młodzieżowym w klimacie dawnych polskich produkcji, jak choćby „Stawiam na Tolka Banana”. Mieliśmy więc nadzieję wskrzesić te dobre tradycje. Powiedziałem mu tylko: Nie chcę mieć w swoim filmie Karolaka, który gra Tomka Karolaka. Zagraj to całkiem inaczej. I zagrał. Chcieliśmy, żeby ta postać była trochę w stylu Kwinty z „Vabanku” czy oszustów z „Żądła”, żeby czuło się, iż on bardziej jest, niż gra. Karolak potwierdził tę koncepcję: – Mam skłonność do improwizacji, która bardzo przydaje się w telewizji. Często, gdy wyczuwam, że scenie brak puenty, staram się ją dopowiedzieć. Reżyser zmusił mnie do koncentracji, spowodował, że przezwyciężyłem to swoje „rozbrykanie”. Tym bardziej że Kadryll, któremu nic się nie udaje, traktuje siebie i zadania, jakie przed sobą stawia, bardzo serio. Mały wąsik i lekki brzuch Kadrylla też były nie bez znaczenia. Nie jestem zwolennikiem jakiejś radykalnej zewnętrznej transformacji. Widzowie i tak zdają sobie sprawę, że w tym filmie gra Karolak. Ale starałem się ich przekonać, że moja postać myśli inaczej, niż widzowie, którzy myślą, że wiedzą, jak ona myśli.

Z Kadryllem miał – także fizycznie – kontrastować Nieszczególny, chudzielec o końskiej twarzy. – Zaproponowano mi do tej roli Wojtka Mecwaldowskiego. Po pierwszym z nim spotkaniu wiedziałem: to jest to!

B077 C023 0916XY

Wojciech Mecwaldowski jako Wieńczysław Nieszczególny w „Klubie włóczykijów”

Mecwaldowski tak wspominał pracę nad filmem: – Rola Wieńczysława Nieszczególnego wydawała mi się na tyle ciekawa i zabawna, że chętnie przyjąłem tę propozycję. Poza tym, był to debiut operatorski mojego przyjaciela, niezwykle zdolnego Michała Grabowskiego, producencki Gosi Domin, z którą znam się od lat i reżysera Tomka Szafrańskiego, który był bardzo dobrze do tego projektu przygotowany. Tak więc z przyjemnością wyruszyłem z nimi w tę podróż. Niczym i nikim się nie sugerowałem, zaproponowałem reżyserowi, po wcześniejszych rozmowach, taką, a nie inną postać i została ona zaakceptowana. Czy coś sprawiło aktorowi szczególną trudność? – Pracę na wysokościach na pewno będę mile wspominał – śmiał się Mecwaldowski, który przede wszystkim chwalił sobie współpracę z Karolakiem i młodymi aktorami: – Gdy jesteś Wieńczysławem Nieszczególnym, ciężko o normalny kontakt. Ale wszystko przebiegało w miarę sprawnie i przyjemnie. Z Tomkiem spotkałem się już po raz kolejny, a z młodzieżą pierwszy raz. Chcą być w przyszłości aktorami, więc trzymam za nich kciuki. Karolak stwierdzał: – Wojtek jest prawdziwym aktorem-kameleonem, zawsze głęboko wchodzi w rolę – tak było w przypadku „Dziewczyny z szafy”, podczas realizacji której zaczął żyć nocą. Myślę, że jego nazwisko to już poważna marka; gdy tylko mam okazję, zawsze z przyjemnością z nim współpracuję.

A005 C019 0808VM

Tomasz Karolak jako doktor Bogumił Kadryll w „Klubie włóczykijów”

– W aktorstwie to jest wspaniałe, że poznaję moich idoli z dzieciństwa. W tym przypadku mogłem także zagrać jedną z moich ulubionych postaci z tamtych lat. Znałem powieść Niziurskiego doskonale, tak jak właściwie całą jego twórczość, czytałem nawet niektóre jego książki dla dorosłych. Nieszczególny i Kadryll należeli do moich ulubieńców. Starałem się zapomnieć o Kadryllu serialowym i jakoś znaleźć go w sobie – opowiadał także Karolak. – Moim zdaniem brak dziś polskich filmów dla starszych dzieciaków, na których i rodzice nie będą się nudzić. „Szaleństwo Majki Skowron”, „Podróż za jeden uśmiech” czy adaptacje „Pana Samochodzika” to filmy, które doskonale pamiętam. Jasne, że były tam akcenty propagandowe, ale i tak te utwory do dziś się bronią. Aż dziw, że ta tradycja nie była kontynuowana. Aktor całkiem serio wspomniał o jeszcze jednym motywie, bardzo osobistym, który skłonił go do zaangażowania się w produkcję: – To mój sprzeciw wobec zamiłowania córki do tabletu. Zamiast grać, pójdź z ojcem do kina! Zobacz, że można zabawić się i rozruszać mózg.

Instynkt Szafrańskiego zadziałał równie skutecznie przy poszukiwaniu odtwórczyni roli Joanny. Podobnie jak i innych młodych aktorów, szukano jej długo, w kółkach teatralnych i domach kultury. Wybór padł na Kamilę Bujalską. Tylko Karol Osentowski oraz Piotr Janusz zostali zatrudnieni bez castingu – Szafrański docenił ich talent podczas pracy przy serialu „Do dzwonka”. Karolak twierdzi, że uwielbia pracować z młodymi: – Staram się ich traktować serio. Gdy gram z dzieciakami, zaczynam zwykle od oświadczenia: jesteście dzieciakami i wcale wam nie zazdroszczę. Macie przerąbane, bo nie możecie o sobie decydować, nie zarabiacie pieniędzy i nie macie prawa jazdy. Na planie wymagam od nich tego, czego ode mnie wymagają koledzy aktorzy i czego ja wymagam od kolegów aktorów. Dzieci przeważnie natychmiast w to wchodzą. Czują się dowartościowane i nie mamy prawie żadnych problemów z komunikacją. Traktuję je jak dorosłych. Karolak przyznał, że podczas realizacji filmu nauczył się także czegoś o sobie: – Mieliśmy taką scenę w Gliwicach, gdzie Kadryll ucieka przed policją i biegnie po brukowej kostce. Robimy dubel, biegnę przez jakieś 150 metrów i czuję, że wszystko mnie boli. Uprawiam sporty, do tej pory myślałem o sobie jako o kimś, kto skończył właśnie trzydziestkę, choć mam 45 lat. W tym momencie uświadomiłem sobie: czas leci, jestem już trochę tym Kadryllem.

KW 10 copyright Domino Film

Kamila Bujalska jako Joanna w filmie Klub Włóczykijów

– Uwielbiam pracować z młodymi ludźmi – stwierdzał reżyser. – I to nie tylko z aktorami. Dla nich nie istnieje słowo niemożliwe, czy „nie da się”. Montażysta i operator to debiutanci, tak jak i wielu innych początkujących członków naszej ekipy. Przyznam, że istniał pewien dystans pomiędzy doświadczonymi aktorami i tymi młodymi. Ale lody zostały szybko przełamane. Kuba Wróblewski grał urwisa i sam jest urwisem. Szczerze mówiąc, dawał się trochę starszym we znaki. Ale wszyscy mu wybaczyli. Bo z drugiej strony, dawał z siebie naprawdę wiele – wspominał.

 

Ścieżka dźwiękowa

Szafrański wielką wagę przywiązywał do ścieżki dźwiękowej. Udało mu się pozyskać ważnego współpracownika. – Przed dwoma laty spotkałem się podczas słynnej imprezy branżowej American Film Market z Emorym Smithem, który zwrócił uwagę na ciekawe wykorzystanie muzyki w moich filmach – opowiadał. – Dał mi płytę ze swoją muzyką. Wysłuchałem pierwszego utworu i powiedziałem do żony: Myślę, że czeka go wielka kariera w Hollywood. Gdy Smith (film „Scooby Doo”, gra komputerowa „Need for Speed”, horror „Neron”) pisał muzykę, wbrew dzisiejszym trendom analizował ścieżki dźwiękowe z tamtych lat, zwłaszcza z „Indiany Jonesa”. Instrumentacją zajął się Carl Rydlund, znany jako wieloletni współpracownik hollywoodzkiego giganta Hansa Zimmera, odpowiadający przedtem za to zadanie w takich filmach, jak „Interstellar”, „Życie Pi” czy „Transformers: Wiek zagłady”. Nad ścieżką dźwiękową pracowano aż pięć miesięcy! Muzykę wykonała Orkiestra Filharmonii Śląskiej im. Henryka Mikołaja Góreckiego w Katowicach pod dyrekcją Freda Emory’ego Smitha.

 

Zdjęcia

Zdjęcia do filmu rozpoczęły się 29.07.2014. Kręcono w Pułtusku, Gliwicach, na zamku w Siewierzu, w Katowicach, Bytomiu i Olsztynie k. Częstochowy. Realizację filmu wsparły finansowo: Instytucja Filmowa „Silesia-Film”, samorząd gminy Pułtusk oraz miasto Gliwice. Producenci szukali również wsparcia na portalu internetowym Polak Potrafi.

Kadr z filmu Klub Włóczykijów

Dobrze zaplanowana realizacja trzymała się harmonogramu (film kręcono jak na polskie warunki długo – 33 dni), ale zdarzyła się jedna i to bardzo bolesna trudność. Zamierzano nakręcić kulminacyjną scenę z Cyprianem uwięzionym w skodzie, która może wpaść pod rozpędzony pociąg. Chłopak stara się za wszelką cenę uwolnić z pułapki. – W dzień realizacji wybuchła burza, czekaliśmy, mijała godzina za godziną, a lało i lało coraz bardziej. Wreszcie kolejarze oznajmili, że tory są tak bardzo zalane, że pociąg nie będzie mógł pojechać z żądaną prędkością. Z wielkim rozczarowaniem pomyślałem, że trzeba będzie z tej sceny po prostu zrezygnować. Na szczęście tydzień później okazało się, że mamy jeszcze czas, a pogoda jest doskonała. Kamień spadł nam z serca. To był prawdziwy happy end!

– Byłem koproducentem filmu i zrezygnowałem z gaży, bo uważałem, że trzeba zaryzykować. Myślę, że wszyscy bardzo chcieli ten film zrobić – mówił Karolak. Podkreślał, że za dodatkową wartość filmu uważa wyeksponowanie stosunkowo mało znanych miejsc w Polsce: – W Pułtusku jest najdłuższy średniowieczny rynek w Europie, piękne miejsce, zamek biskupi, zakole Narwi. Siewierz – fantastyczny zamek; olśniewająca niemiecka architektura przedwojenna w Gliwicach. Wszystko to odkrywaliśmy i mam nadzieję, że publiczność odkryje to wraz z nami.

– Mam nadzieję, że stworzyliśmy film zabawny i naprawdę uniwersalny. Chodzi nie tylko o przygody, ale także i o to, że przeżywając je, bohaterowie zbliżają się do siebie, nabierają do siebie zaufania – podsumowywał reżyser.

 

 

Fiszka filmu:  Klub włóczykijów

 
Klub włóczykijów

Reżyseria: 


Obsada:
, , ,



Premiera: 18 Wrzesień 2015
Rok produkcji: 2015
Kraj: Polska


 
 
 
 

Dystrybutor filmu

 
 
 
 

Katagoria: warsztat reżyseria
Słowa kluczowe: , , , , ,
Opublikowano 2 lata temu.
Publikacja była czytana: 1199  razy.